Alpaka tupie
18.06.2026
18.06.2026
Trudno dziś wyobrazić sobie kreatywną scenę jazzową w naszym kraju bez małych wytwórni, które często prowadzone są przez samych muzyków. Z uśmiechem pobłażania można w tym kontekście spojrzeć na słowa Dona Wasa, czyli szefa Blue Note Records: „Wolałbym, żeby artyści skupili się na muzyce, a nie dzwonieniu do tłoczni czy dystrybutorów”. Rzeczywistość jest taka, że gros artystów i artystek – aby móc wydawniczo istnieć – musi wziąć sprawy w swoje ręce.
Jedną z ważnych wytwórni tego rodzaju jest gdańska Alpaka Records, która w przyszłym roku będzie obchodzić dziesiąte urodziny. W jej katalogu ukazało się już prawie czterdzieści tytułów. Na rocznicowe podsumowania jest jeszcze za wcześnie, więc skoncentrujmy się na aktualnościach. A te są warte uwagi, bo 18 czerwca odbył się wieczór „Alpaka Records Presents”. Pod takim hasłem organizowane są różne wydarzenia, ale te główne – nazywane „świętem labela” – od trzech lat mają miejsce późną wiosną. W ich trakcie odbywa się wystawa okładek, spotkanie z osobami artystycznymi i dwa koncerty, czemu nieraz towarzyszy premiera albumu danego zespołu.
Właśnie tak było w tym roku: skład Tentno, który zagrał jako pierwszy, pojawił się w klubie Drizzly Grizzly z egzemplarzami debiutanckiej płyty „The Truth Is at the Bottom of the Bottomless…” Występują z tym materiałem od 2024, a rok temu, gdy grali na marcowym Jazz Jantarze, można było sądzić, że album będzie dostępny już wtedy. Ukazuje się teraz i… chyba dobrze, że tak się stało. W międzyczasie bowiem o młodych muzykach Tentna – zwłaszcza o gitarzyście Krzysztofie Hadrychu i perkusiście Alanie Kapołce – zdążyło się zrobić jeszcze głośniej za sprawą występów nie tylko w ramach Tentna, ale i z innymi składami. Może więc dlatego „The Truth…” zatoczy szersze kręgi? Tego im życzę, bo ich twórczość z różnych powodów robi duże wrażenie. Oscylują między jazzem fusion, metalem i noisem, choć subtelności przywodzące na myśl trio Jakoba Bro także następują. Lubują się w kontrastach: nieraz nagle dochodzi do skoków dynamicznych albo zatrzymań, rozpędzona wirtuozeria oddaje pole rozprężeniu, a w miejsce precyzyjnej architektury pojawia się otwarta przestrzeń. Zdarzenia te, w połączeniu z częstymi zapętleniami motywów, sprawiają, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju porwanej, postrzępionej narracji. Muzyka wydaje się nieraz zagubiona, wraca w to samo miejsce, pozwala sobie na ugrzęźnięcie, po czym znów zamienia się w superszybki kombajn do zbierania szczęk na widowni.
Szczęki by nie opadały, gdyby nie siła ekspresji oraz zgranie tego zespołu. Funkcję lidera pełni Krzysztof Hadrych, ale Tentno nie jest składem typu „gitara plus sekcja rytmiczna”. Walory muzyczne grupy to bowiem w równej mierze zasługa pozostałych instrumentalistów: wspomnianego Kapołki i kontrabasisty Szymona Zalewskiego. W niedawnym wywiadzie, którego udzielił mi Hadrych, mówił na ich temat tak: „Piszę dla nich dość trudne numery, ale nie napisałem jeszcze niczego, co by ich zagięło. (śmiech) Nie dość, że się tego uczą, to jeszcze od razu zaczynają interpretować. Mimo że te utwory wydawały mi się dość odhumanizowane, wykonują je bardzo muzykalnie”. Z tymi słowami trudno się nie zgodzić. Na różnych planach stale coś się dzieje, każdy z głosów czegoś na własną rękę szuka, a dokładność, której ich kompozycje często wymagają, nie wyklucza spontaniczności.
Połączenie dokładności ze spontanicznością cechuje też aktywność czwartej członkini Tentna: artystki wizualnej Marty Prabuckiej. Opracowana przez nią projekcja, którą przez cały koncert oglądamy na dużym ekranie za zespołem, realizuje wprawdzie określony scenariusz, ale Prabucka stale reaguje na muzykę. Z tego powodu czas trwania danych segmentów i rozmaite detale prezentują się każdego wieczoru inaczej. Ogólna aura tych wizualizacji się nie zmienia: obrazy emanują chłodem oraz aurą samotności i smutku. Taka warstwa wideo wyjątkowo adekwatnie splata się z muzyką, której nieobce są melancholia, niepokój oraz agresja.
O ile Tentno to debiutanci, o tyle nie można tak nazwać zespołu, który wystąpił na finał wieczoru. Mam na myśli Bled, w którym grają współzałożyciele Alpaka Records: trębacz Emil Miszk i perkusista Sławek Koryzno. Koncert duetu, któremu towarzyszyły wizualizacje Garego Garnowskiego, anonsowany był tytułem ich płyty „Terra incognita” (2024). W futurystycznym anturażu akcja rozwija się tam powoli: otwiera ją ambientowa kontemplacja, z czasem wybrzmiewają wyraziste melodie trąbki i klawiszy, a do gry wkraczają pulsujące, monumentalne bębny. Podczas koncertu muzycy realizowali te same założenia. Cierpliwie budowali eskapistyczną atmosferę („Mare Tranquillitatis”), kroczyli niespiesznie, uważnie rzeźbiąc w elektronicznej materii („Black Room”). Eksplorowali motywy, które raz tchną ciepłem i gościnnością („Wanderer”), a innym razem – werwą i chaosem („Metropolis”, „Turbulent”). Chwilami było im bliżej do estetyzmu Nilsa Pettera Molvaera czy Arve Henriksena, ale intensywność przywodząca na myśl Chicago Underground Duo także dawała się we znaki.
Szczególnie przemawia do mnie to drugie oblicze Bledu: gdy ich gra jest żywiołowa, otwarta na impulsywne interakcje i dysonanse. Dlatego też z wyjątkowym entuzjazmem wspominam ich raptem półgodzinny występ sprzed roku na Sea You Music Showcase, gdzie – z uwagi na ograniczenia czasowe – postawili na maksymalną gęstość przekazu. Z dużą swobodą ogrywali wtedy atrakcyjne motywy z „Terra incognita”. W takich sytuacjach pojawia się możliwość posłuchania porywającego improwizowania Miszka i Koryzny – a więc w wydaniu, w jakim prezentują się zbyt rzadko.
Pierwsze półrocze 2026 zakończyło się dla Alpaka Records z przytupem, ale już wiemy, że druga połowa roku przyniesie kolejne nowości w katalogu wytwórni. 29 sierpnia odbędzie się premiera albumu „Motanka” kwintetu Magdy Kuraś, a 9 października ukaże się płyta „Megalopolis” 16-osobowego zespołu Emil Miszk Modulaire.
Zobacz też
Fryderykowy matriks
Chęć przebicia głową ściany
Komentarze