Piątka na piątek
Michael Formanek New Digs
Zespoły z Timem Bernem, trio Thumbscrew, 16-osobowy Ensemble Kolossus, autorski Elusion Quartet, grupa Splash Myry Melford, wreszcie aktywność solowa… Okoliczności i kontekstów, w których można było w ostatnich latach słuchać kontrabasu Michaela Formanka, nie brakowało. Teraz pojawiły się kolejne, gdyż artysta stworzył jeszcze jeden zespół. Formanek realizuje w jego ramach szereg pomysłów: choćby taki, by pianista Alexander Hawkins grał tam na organach Hammonda zamiast na fortepianie.
Ponoć właśnie owa decyzja obsadowa była tą, od której Formanek zaczął komponowanie składu. Taka informacja nie dziwi, gdyż gra Hawkinsa faktycznie w znacznym stopniu definiuje energię i brzmienie septetu. Na sesję w portugalskim studiu Canoa przygotował różnorodne utwory – od takich, w których konceptualnie grupuje improwizujących muzyków, przez flirty z kameralistyką i minimalizmem, po niezobowiązujące jazzowe kawałki ze swingującym drivem, w których można po prostu podziwiać jakość solówek oraz interakcji. Formanek zręcznie balansuje między abstrakcyjnymi eksploracjami a komunikatywnością mainstreamu. Często na płaszczyźnie jednego utworu sięga po kolejne konwencje i robi to z dużym wyczuciem: nie jest kompozytorem, który szuka atrakcji na siłę. A dzięki temu, że kontrabasiście towarzyszy grono rewelacyjnych artystów, jego muzyczne myśli objawiają tu się w pełnej krasie.
Skład
Chet Doxas – saksofon tenorowy, klarnet
João Almeida – trąbka
Mary Halvorson – gitara
Alexander Hawkins – Organy Hammonda B-3
Michael Formanek – kontrabas
Tomas Fujiwara – perkusja
Tercet Imperial Prymat
Widząc w składzie Tercetu Imperial takich artystów jak Jan Emil Młynarski i Piotr Zabrodzki, można by spodziewać się… wielu rzeczy. Muzyka międzywojennej Warszawy? Improwizowany hip-hop? Jazzowy mainstream z nutką ironii? To i wiele więcej byłoby możliwe, ale „Prymat” to album, na którym Młynarski i Zabrodzki odnoszą się do polskiej ludowości. Na różne sposoby nawiązywali już do tradycyjnych tematów, rytmu oberka czy technik wykonawczych wiejskich muzykantów: można było usłyszeć te inspiracje w ich zespołach Pole, Polonka czy Oberkas Travel. Teraz zaś – wspólnie ze śpiewaczką Joanną Sztucką – podjęli się tego zadania jeszcze inaczej.
Interpretują tradycyjne motywy z wykorzystaniem elektronicznych instrumentów, co – wydawałoby się – powinno nadawać im współczesny rys. Tyle że wybrane przez nich instrumenty (np. perkusja LM2 czy keyboard Korg Prophecy) zostały wyprodukowane w latach 80. i 90. ubiegłego wieku, przez co dziś brzmią niewspółcześnie. Archaiczny sound grupy – momentami zabawny i jarmarczny, czasem psychodeliczny, innym razem lepki i plastikowy – to więc kolejna warstwa przeciekawego, kulturowego palimpsestu, którym „Prymat” się okazuje. Tę wieloznaczną i inteligentną muzyczną grę współtworzy oczywiście wokal Sztuckiej. Ma on w sobie młodzieńczość, zmysłowość i rozmarzenie, ale bywa także w wyrazisty sposób przetworzony przez autotune albo ociężały pogłos.
Skład
Piotr Zabrodzki – syntezatory
Joanna Sztucka – śpiew
Marta Warelis Still Life with Lemons
Marta Warelis – polska pianistka mieszkająca od szesnastu lat w Holandii – z każdym rokiem coraz bardziej zaznacza swoją obecność na scenie muzyki improwizowanej. Jest autorką ekspansywnych recitali solowych, podczas których interesują ją wyrafinowane preparacje fortepianu oraz żywiołowa gra free, ale też wzruszające kantyleny. Ma na koncie liczne improwizowane sesje: z Adą Rave, Frankiem Rosalym czy Kenem Vandermarkiem, a także w ramach tria Omawi. Do prowadzonych przez siebie zespołów zapraszali ją Dave Douglas oraz Ingebrigt Håker Flaten. Z kolei koncertowy album „Still Life with Lemons” dokumentuje sytuację, gdzie to ona – dzięki inicjatywie amsterdamskiego klubu Bimhuis – po raz pierwszy w karierze napisała muzykę na dobrany przez siebie skład.
Słychać tam, że Warelis, gdy improwizuje, jest w swoim żywiole. Album otwiera kompozycja „Birds”, która zaczyna się od granego z charyzmą solo pianistki. Wkrótce ustępuje miejsca rozwibrowanemu groove’owi całego zespołu, który raz za razem wydaje z siebie nośny motyw w stylu grupy Fire! Orchestra. Liderka dba o to, by rozmaite żywioły sensownie się tu równoważyły: rozpędzony drive pierwszego utworu przechodzi w impresyjne, jakby żałobne, pełne sonorystycznych poszukiwań „There To The Bridge”. Później słuchamy jeszcze między innymi krotochwilnie swingujących „Alternate Endings” z fenomenalnym solo Rosaly’ego, a także niepokojących dronów pod nazwą „Intermittent Web of Sorts”. Całość domyka wielobarwny utwór „Ashes to Sea”, który rozwija się od niepozornych, drobiazgowych preparacji, a wiedzie ku ekstatycznemu, freejazzowemu finałowi.
Czy istnieje szansa, że osoby odpowiedzialne za repertuar na festiwalach oraz w klubach w Polsce zauważą ten album, po czym zaprezentują zespół Warelis naszej publiczności? Mam nadzieję, że tak się stanie.
Skład
Ben LaMar Gay – trąbka, elektronika
Ab Baars – klarnet, saksofon tenorowy
Karen Ng – klarnet, saksofon altowy
Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas
Frank Rosaly – perkusja, gongi
Kosmonauci Brudna-Bielizna
Kosmonauci należą do tych grup spod znaku tzw. „młodego polskiego jazzu”, o których od paru lat jest szczególnie głośno. Grali na Open’erze i Offie, odwiedzili też większość znaczących festiwali jazzowych i okołojazzowych w Polsce. Są w centrum popularnych wydarzeń, które na jednej scenie gromadzą jazzmanów, raperów, wokalistki i piosenkarzy: Jazz Hop Festival czy Urban Jazz Night. Swobodnie łączą jazz z drum’n’bassem i hip-hopem, a lokomotywami grupy są perkusista Jan Pieniążek i wibrafonista Tymon Kosma. Słuchałem ich na żywo w 2024, gdy promowali debiutancki album „Sorry, nie tu”. Pamiętam bardzo dobrą grę Kosmy i atrakcyjną interakcję na linii wibrafon-bębny. Miałem jednak wrażenie, że efektownymi solówkami próbują zakryć swoją najsłabszą stronę: kompozycje, które oscylują między nieciekawym jazzowym konserwatyzmem a skłonnością do nadmiernego mnożenia pomysłów.
Najnowsza płyta budzi podobne odczucia. Żywiołowość i sprawność wykonawcza nadal stanowią mocne strony Kosmonautów. Wprawdzie umiarkowanie przekonuje mnie praca basisty Bartłomieja Lucjana, ale Pieniążek, Kosma oraz Miłosz Pieczonka to niewątpliwie czołówka młodej sceny. Cóż jednak po ich zawadiackiej energii, skoro większość utworów grzęźnie w repetycjach, dość sztampowych narracjach albo nagromadzeniu efekciarskich zagrywek? Wolę słuchać wspomnianej trójki w innych składach: Pieniążka u Marcina Maseckiego, Kosmy w zespole Product May Contain, a Pieczonki z jego berlińskim triem. Jeśli więc ktoś by rozważał wysłanie nagrań z polskim jazzem w kosmos – tak jak zrobiono niedawno z poezją Wisławy Szymborskiej – dotychczasowych albumów Kosmonautów bym nie polecał.
Skład
Bartłomiej Lucjan – bas
Tymon Kosma – wibrafon, syntezator
Jan Pieniążek – perkusja
The Tomeka Reid Quartet dance! skip! hop!
Dekadę temu Tomeka Reid, pisząc muzykę dla swojego kwartetu, była zainteresowana przede wszystkim krótkimi utworami o jazzowym charakterze. Z kolei album „3+3”, który ukazał się w 2024, dokumentował zmianę jej podejścia. Reid poszerzyła paletę brzmień o przetworzenia elektroniczne wiolonczeli, a zawarte tam formy były bardziej rozbudowane. Cechowała je urozmaicona dramaturgia i stylistyczny eklektyzm, przez co artystka określała ten album mianem suity. Na najnowszej płycie wraca do jednorodności kompozycji, które – nawet jeśli trwają po 10-12 minut – konsekwentnie eksplorują dane założenie. Ich charakter wiedzie od rozswingowanej lekkości (utwór tytułowy), przez zamyślone, niespieszne motywy („a(ways) For CC and CeCe” oraz „Silver Spring Fig Tree”) oraz lekko zadziorne groove’y („Oo long!”), aż po melancholijną balladowość („Under The Aurora Sky”).
Reid nie szuka tu formalnych fajerwerków. Stawia raczej na prostolinijne tematy albo oszczędne riffy. Pośród nich toczy się zaś organiczna interakcja i co chwilę dzieje się coś, co w niewymuszony sposób zwraca uwagę: na przykład na polu współbrzmień między trzema instrumentami strunowymi, w kontekście pracy perkusji w takim otoczeniu albo wtedy, gdy celowo opóźnione zostają powroty do głównej melodii. Sprawą oczywistą jest, że raz za razem stykamy się z kunsztem indywidualnym: szczególne wrażenie wywołuje choćby arcymuzykalna gra miotełkami Tomasa Fujiwary czy solówki Mary Halvorson. Mniej oczywistym, ciekawym elementem jest sound albumu: cechuje go matowość oraz pewna suchość, co pasuje zarówno do takiej obsady, jak i ogólnej powściągliwości kompozycji.
To wszystko znakomicie sprawdza się w pierwszych trzech utworach, ale dwa ostatnie – o spokojniejszym przebiegu – pozostawiają niedosyt. Na nich kładzie się cieniem tendencja do brzmieniowo-formalnego samoograniczenia. I choć jestem entuzjastą tak pomyślanego zespołu, to akurat w drugiej części płyty przydałby się jeszcze jeden głos. Chętnie usłyszałbym tam na przykład trąbkę Adama O’Farrilla albo saksofon tenorowy Ingrid Laubrock.
Skład
Jason Roebke – kontrabas
Mary Halvorson – gitara
Tomas Fujiwara – perkusja
Komentarze