Ajaks Wielki
19.06.2026
19.06.2026
Organizowany w gdańskim Instytucie Kultury Miejskiej cykl „Wielka Improwizacja”, którego sześć odsłon odbyło się w ubiegłym roku, dość długo kazał czekać na swój powrót w 2026. Dopiero w drugiej połowie czerwca doszło do kolejnego spotkania pod wspomnianym szyldem. Dla osób, które nie kojarzą tej serii wydarzeń, parę słów o jej formule. Na każdą „Wielką Improwizację” zapraszany jest artysta bądź artystka, która najpierw występuje solo albo ze swoim zespołem. Druga część wieczoru to koncert tej osoby ze składem złożonym z przedstawicielami trójmiejskiej sceny. W finale zaś odbywają się improwizowane sety z udziałem chętnych muzyków i muzyczek.
W ubiegłym roku miałem okazję przysłuchiwać się dwóm wydarzeniom z tego cyklu. Jedno z nich, któremu przewodziła Lotte Anker, przebiegło w ramach współpracy IKM-u z festiwalem Idealistic. Podczas drugiego rolę gospodarza wziął na siebie Grzegorz Tarwid. Z obu wieczorów pisałem dość szczegółowe relacje, więc w tym momencie pozwolę sobie na ogólniejsze stwierdzenie. Tamte wydarzenia miały to do siebie, że nie tylko główne występy zaproszonych osób wypadły znakomicie, ale także po nich – prędzej czy później – dochodziło do frapujących improwizowanych setów. Pod tym względem czerwcowa odsłona miała inny przebieg. Wszystko bowiem, co wydarzyło się po rewelacyjnym pierwszym koncercie, mogło zaciekawić skalą zmagań z improwizowaną materią, ale efekty okazały się mniej udane.
Nie padło jeszcze nazwisko gospodarza wieczoru. Był nim saksofonista Marek Pospieszalski, który ma prawo czuć się w IKM-ie niemal jak u siebie: w sali przy Targu Rakowym grał już ze swoim oktetem (2025), a także jako uczestnik obchodów urodzin Mikołaja Trzaski parę miesięcy temu. Tym razem przyjechał do Gdańska z Maksem Muchą (bas elektryczny) i Qbą Janickim (perkusja). Przez parę ostatnich lat działali jako Trio de Janeiro, ale teraz nazywają się Ajaks. „Nie płyn do mycia naczyń, ale grecki wojownik” – objaśnił Pospieszalski.
Opisany w „Iliadzie” Ajaks – zwany Wielkim – słynął z odwagi i siły, a pod względem dzielności ustępował tylko Achillesowi. Trio Ajaks nie zasłynie więc ze skromności, ale nie można odmówić im muzycznej jakości oraz spójności przekazu. Podczas trwającego godzinę koncertu ich utwory emanowały prostotą i raczej posępną emocjonalnością. Były to bezpretensjonalne, zwarte formy, bazujące na zaczepnych riffach i nieskomplikowanych motywach basu. Odzywały się tam wpływy punk rocka, krautrocka czy grunge’u, pojawiały się zapętlenia jak z minimal music, nieraz rozpalano na estradzie freejazzowy ogień. Pospieszalski, Mucha i Janicki niespiesznie lawirowali między powtarzanymi motywami a przychodzącymi z różnych stron partiami solowymi, które zwykle nie wpływały na założony kierunek kompozycji. I dobrze, bo nie było powodu, by nadmiernie dekonstruować te atrakcyjne, oszczędne, trafiające w punkt utwory. W takich zaś ramach odbywało się na przykład zrelaksowane ogrywanie partii perkusji z okazjonalnymi fajerwerkami, pojawiały się niezobowiązujące solówki basu czy działania saksofonu tenorowego o różnym charakterze – raz tchnące zrezygnowaniem, innym razem kąśliwe, a chwilę później ironiczne bądź refleksyjne. Radzę zatem wypatrywać koncertów tria, do organizacji których wkrótce przyczyni się być może następujący fakt: jesienią ma ukazać się ich album.

W drugiej części wieczoru Janicki i Mucha na estradę już nie wrócili, zaś do Pospieszalskiego dołączyło czworo artystów. Były to wokalistki Małgorzata Priebe i Alicja Sobstyl, a także gitarzyści Petar Petkov oraz Maja Biesek. Chwilami ich improwizowanie intrygowało z uwagi na aspekt brzmieniowy: zawodzące drony, partie wokalne jak z gotyckiej opery, preparacje instrumentów, przetworzenia głosu… Zapanowała mroczna atmosfera, w której jednak zespół ugrzązł na dobre pół godziny. Można było sądzić, że słuchamy oprawy dźwiękowej niemego horroru albo przedłużanej bez końca introdukcji do doom metalowego utworu. Dopiero Sobstyl udało się wyciągnąć kwintet z mielizny. W pewnym momencie artystka – mam wrażenie, że w rozpaczliwym geście – zasiadła za zestawem perkusyjnym. Asertywnie dostarczyła wyrazisty, bluesowy bit, który okazał się zbawienny: grupa się ożywiła, temperatura występu wzrosła. W efekcie ten koncert okazał się interesujący nie tyle z uwagi na jakość improwizowania, co ze względu na sposób, w jaki udało się wyjść z impasu.
Zwieńczenie wieczoru stanowił występ dużego składu, gdzie do wspomnianego kwintetu dołączyło jeszcze pięć osób. Do ich muzykowania najlepiej chyba podejść jak do sytuacji ćwiczebnej, gdzie grono studentów i studentek staje obok bardziej doświadczonych improwizatorów, po czym próbują wspólnymi siłami w jakąś stronę się udać. Nie sądzę, by miało sens wyróżnianie kogokolwiek z tamtego składu. Wolę wierzyć, że dla osób uczestniczących było to wartościowe spotkanie.
Czyje nazwisko znajdzie się na plakacie następnej odsłony „Wielkiej Improwizacji”? O tym pewnie dowiemy się za parę tygodni, gdyż kolejny wieczór w ramach cyklu ma odbyć się jesienią.
Zobacz też
Alpaka tupie
Chęć przebicia głową ściany
Komentarze