Piątka na piątek
Xatarata Kiss and Drum
Nie trzeba pasjonować się motoryzacją, by wiedzieć, że istotnym parametrem pojazdów jest czas, przez który osiągają prędkość 100 km/h. Współczesne bolidy Formuły 1 potrzebują na to nieco ponad dwie sekundy. I o ile muzyka to nie wyścigi, o tyle trudno od elementu szybkości abstrahować w kontekście stylu grania duetu Xatarata. Wystarczy posłuchać improwizacji, która otwiera album Pauliny Owczarek i Federico Reubena: już po paru sekundach dźwiękowy napęd jest tak duży, że bolid Xatarata mógłby stawać w szranki z Ferrari albo McLarenem.
Po tym pierwszym wrażeniu przychodzą następne – na przykład te dotyczące przeciekawych brzmień. Owczarek generuje je na – chętnie traktowanym choćby perkusyjnie – saksofonie barytonowym. Reuben z kolei improwizuje na laptopie, bazując między innymi na zasobie dźwięków zagranych przez Owczarek. Wykorzystuje je jako sample, na żywo koduje ich sekwencje, ale pozwala też samym algorytmom wytwarzać muzykę.
Taki powierzchowny opis brzmi jak science fiction, ale efekty oszałamiają w całkiem prawdziwy sposób. Muzycy wzajemnie się nakręcają, mnożąc pomysły na dźwiękową interakcję: jest tu fenomenalny refleks, impulsywność, dramatyzm, namolność, ale też spowolnienia, przygaszenie bądź zepsucie. Następuje wiele fantazyjnych kontrastów, komicznych sprzeczek, stylistycznych splotów, momentów przekornych czy szczególnie zaskakujących: np. archaiczne jazzowe frazowanie barytonu albo taka praca elektroniki, która brzmi jak kilku instrumentalistów. Wszystko to dzieje się na płaszczyźnie krótkich improwizacji (większość trwa od dwóch do czterech minut), co sprzyja efektywnej, sprawnej prezentacji spontanicznych dialogów. Marzeniem ściętej głowy jest życzenie, by każda współpraca człowieka z algorytmami była tak błyskotliwa i kreatywna.
Skład
Federico Reuben – improwizacja na laptopie, programowanie na żywo
Orkiestra Dnia Poprzedniego Mellomrom
Przed trzema laty, wydając swą debiutancką, kwintetową płytę Michał Aftyka raczej nie zastanawiał się nad tym, jak ułatwić odbiorcom zapamiętanie jej tytułu (brzmiał on „Frukstrakt”). Ostatnio zresztą przyznawał, że często słyszał jego błędne wersje. Na nowym albumie muzyk idzie w niekoniunkturalnym nazewnictwie krok dalej: jego nonet to Orkiestra Dnia Poprzedniego, co stanowi nawiązanie do jednej z powieści Umberta Eco. Tytuł albumu – „Mellomrom” – po norwesku oznacza „przestrzeń”, a kluczową inspiracją dla Aftyki był styl narracyjny norweskiego noblisty Jona Fossego. Tylko czekać na zapowiedzi występów Orkiestry Dnia Powszedniego z materiałem z płyty „Mellow Room”…
Żarty na bok, bo – podobnie jak na „Frukstrakcie” – zawartość „Mellomrom” to całkiem poważna propozycja artystyczna. Aftyka realizuje tam marzenie o dużym składzie, który jednak tylko chwilami gra jak zdyscyplinowany band. Takie sekwencje się zdarzają: zespół czasem naciera z efektownymi tematami albo eksponuje interesujące Aftykę polirytmie. Słuchamy też fragmentów cooljazzowych bądź balladowych, gdzie kunsztownie dopełniają się miękkie brzmienia dęciaków z rozbudowaną sekcją rytmiczną. Na „Mellomrom”, jak sądzę, od siły kolektywu ważniejsze jest jednak eksplorowanie niezależności – zarówno pozornej, jak i faktycznej. Jej przejawy się stykają i wpływają na siebie. Głosy nieraz są razem, ale sojusze między nimi nie należą do trwałych. Zazwyczaj obserwujemy zalążki wspólnoty, która jednak się demobilizuje. Osoby uczestniczące albo wymownie milkną, albo piszą własne, poboczne historie, które wkrótce też rozpływają się, gasną.
Do myślenia daje fakt, że tak ważny był dla Aftyki Fosse – ze swoim niekonkluzywnym, błądzącym, pełnym powtórzeń stylem opowiadania. Kontekst literacki nie jest potrzebny, by docenić autonomiczną wartość tej muzyki. Skoro jednak sam Aftyka się na Fossego powołuje, to warto zestawić „Mellomrom” np. z enigmatyczną nowelą „Białość”.
Skład
Marta Wajdzik – saksofon altowy
Marcin Konieczkowicz – saksofon altowy, saksofon barytonowy
Miłosz Pieczonka – saksofon altowy
Robert Wypasek – saksofon tenorowy
Tymon Kosma – wibrafon
Artur Małecki – perkusja
Stefan Raczkowski – perkusja
Michał Aftyka – kontrabas
Product May Contain Playgrounds
W dobrym tonie jest darowanie sobie pisania krytycznych recenzji na temat płytowych debiutów. Na szczęście zdarza się, że już wobec pierwszego albumu danego zespołu nie trzeba stosować taryfy ulgowej. Tak w ostatnich latach było na przykład z płytami kwintetów Michała Aftyki („Frukstrakt”, 2023) i Aleksandry Kryńskiej („Something Holy?”, 2025), o których na tych łamach pisałem. Podobny przypadek to album tria Product May Contain, który – choć niepozbawiony słabości – zdecydowanie zasługuje na uwagę i uznanie.
Gdy po raz pierwszy usłyszałem tę grupę na konkursie na festiwalu Jazz nad Odrą przed trzema laty, ich gra kojarzyła mi się m.in. z triem Możdżer / Danielsson / Fresco. Wprawdzie w Product May Contain zamiast fortepianu słychać wibrafon, to podobieństw nie brakuje. Im także bliski jest melodyjny liryzm, lubią wirtuozowskie kaskady solówek oraz artykulacyjną dbałość. Ich akustyczne brzmienie również współtworzą etniczne perkusjonalia.
W swoich utworach łączą imponującą werwę i taneczną impulsywność z przestrzennym ambientem, sięgają też po rozmarzone tematy. Podoba mi się, jak potrafią, rozpędziwszy się, nagle zwolnić, zaskoczyć obranym kierunkiem. Na jakiś czas są w stanie ograniczyć środki, by niebawem uderzyć ze zdwojoną siłą. I choć jest tu parę bardzo dobrych numerów („Karuzela”, „Szapiro”), to w innych daje się we znaki pewna senność, nieśmiałość oraz zbyt długie trwanie w powtarzanych motywach. Najważniejszy jednak wydaje się fakt, że mamy do czynienia z zespołem o przemyślanej tożsamości brzmienia, który z powodzeniem balansuje między melodyjnym mainstreamem a zaskakującymi zabiegami formalnymi. Jestem ciekaw, co ów produkt – nawiązując do nazwy grupy – zawierać będzie w przyszłości.
Skład
Filip Botor – kontrabas
Mateusz Borgiel – perkusja, djembe, bęben obręczowy, talking drum
Immanuel Wilkins Quartet Live at the Village Vanguard Vol. 2
Immanuel Wilkins to bez wątpienia jedno z najbardziej eksponowanych nazwisk młodego amerykańskiego jazzu. Jego płyty wydaje wytwórnia Blue Note. Dwa lata temu trafił na okładkę „Downbeatu”. W tym roku zaś ukazał się album koncertowy Wilkinsa nagrany w słynnym klubie Village Vanguard. Album sporych rozmiarów, gdyż ponad 180 minut muzyki rozłożono na aż trzy płyty, które trafiały na rynek między marcem a majem.
Dotychczas nie należałem do wielkich entuzjastów Wilkinsa. Trudno oczywiście nie docenić kompetencji jego kwartetu, którego jazz jest grany z imponującą sprawnością. Podchodziłem do tego zespołu z szacunkiem, ale niespecjalnie miałem chęć do ich muzyki wracać. Umiarkowanie interesowały mnie zarówno ich kompozycje, jak i dramaturgia solówek czy interakcje w kwartecie. Trudno mi też było dotychczas podchodzić do Wilkinsa inaczej niż do pilnego ucznia Kenny’ego Garretta, u którego słychać inspiracje szybkimi frazami Charliego Parkera i muzyczną duchowością Johna Coltrane’a.
Czy wydane przez Blue Note koncertówki zmieniają ten obraz? Skupmy się na wydanej w kwietniu w części drugiej. Tumult wszczęty w otwierającym ją „The Big Country” faktycznie robi wielkie wrażenie: gra jest spektakularnie gęsta i rozpędzona, a w solówce Wilkinsa następuje kilka ciekawych zwrotów akcji. Zespół pracuje tam znakomicie. Nieźle wypada też ostatni utwór „Go ‘Head Get Down”, ale pozostałe są bardziej zachowawcze. Poza godnym uznania jazzowym wykonawstwem nie dzieje się w nich zbyt wiele: ani pod względem formalnym, ani od strony emocjonalnej. Podtrzymuję swoje zdanie, że trudno póki co upatrywać w Wilkinsie znaczącego jazzowego lidera, którego zespół można by zestawiać na przykład ze składami Ambrose’a Akinmusire czy Jamesa Brandona Lewisa.
Skład
Micah Thomas – fortepian
Ryoma Takenaga – kontrabas
Kweku Sumbry – perkusja
Voice Act / Jim Black Bee Space
„Voice Act – improwizujący zespół wokalny, w którym cztery głosy splatają się w witalną, migotliwą, pełną barw i form muzykę”. Gdyby ten polski kwartet miał swoją stronę na Wikipedii, pierwsze zdanie na jego temat mogłoby brzmieć właśnie tak. Pierwszy album zespołu z 2024 roku pokazywał, że praca artystek pełna jest wyobraźni, erudycji i twórczych interakcji, które prowadzą w przeróżne strony. Parę miesięcy po premierze tamtej płyty odbył się ich pierwszy koncert w towarzystwie innego muzyka. Do takiego spotkania doszło na festiwalu kxntrst w Warszawie, czego pomysłodawcą był Kuba Więcek (o kulisach wydarzenia opowiadała mi w tym wywiadzie Natalia Kordiak – jedna z artystek Voice Aktu, a zarazem współorganizatorka festiwalu).
Album „Bee Space” to zapis tamtego wyjątkowego koncertu. Kwartet działa w sposób, jaki znamy z wcześniejszej płyty oraz koncertów. Pod względem stylistycznym, artykulacyjnym i wyrazowym dzieje się więc co nie miara. Artystki zaglądają w coraz to nowe przestrzenie: słyszymy liryczne wokalizy, nawiązania do muzyki dawnej, kojące podśpiewywanie, żartobliwe dialogi, burzliwe scysje, techniczną ekwilibrystykę, pławienie się w turpizmie… W takim kontekście jak ryba w wodzie czuje się Black, który proponuje impet, groove oraz siłę, ale też rozpościera wachlarz zniuansowanych barw oraz subtelności. Strona wokalna i perkusyjna uzupełniają się, mądrze na siebie reagując.
Czasem można mieć wrażenie, że dzieje się tu za wiele, jakbyśmy jednocześnie słuchali kilku „muzyk”. Tyle że właśnie to bogactwo jakościowych elementów jest jednym z walorów „Bee Space”. Gdyby ktoś redagował wpis na Wikipedii o tym albumie, proponowałbym, by tak brzmiały pierwsze słowa na jego temat: „Apoteoza muzykalności i różnorodności”.
Skład
Marta Bogusławska – głos
Natalia Kordiak – głos
Gosia Zagajewska – głos
Komentarze