ImproSpot

Fryderykowy matriks

Co zapamiętam z tegorocznych jazzowych Fryderyków? Dziwne nominacje, traktowanie takich pojęć jak „eksperyment” i „improwizacja” jako wygodne frazesy, a do tego kolejną porcję telewizyjnych pominięć. Autoafirmacyjna narracja Fryderykowa – o „prestiżowej nagrodzie” i „wyjątkowo cennym trofeum” – ma się mimo to świetnie
Co zapamiętam z tegorocznych jazzowych Fryderyków? Dziwne nominacje, traktowanie takich pojęć jak „eksperyment” i „improwizacja” jako wygodne frazesy, a do tego kolejną porcję telewizyjnych pominięć. Autoafirmacyjna narracja Fryderykowa – o „prestiżowej nagrodzie” i „wyjątkowo cennym trofeum” – ma się mimo to świetnie
Maciej Krawiec
Maciej Krawiec

Z komentarzem na serio w odniesieniu do jazzowych Fryderyków postanowiłem wstrzymać się aż do momentu, gdy będzie po wszystkim – to znaczy po gali wręczenia nagród. Komentarzem trochę mniej na serio dzieliłem się 1 kwietnia. Roztaczając w tamtym tekście humorystyczną wizję emancypacji muzyki improwizowanej w naszym kraju, bawiłem się jak nigdy. Impuls do napisania go wcale jednak śmieszny nie był. To efekt – w większości mało adekwatnych – nominacji w kategorii „Album Roku Jazz Eksperymentalny / Współczesna Muzyka Improwizowana”. Nie twierdzę, że nominowano albumy złe. Większość z nich jednak nie powinna była do finałowej piątki trafić, ponieważ zgłoszone zostały inne płyty, które lepiej odpowiadały kryteriom. Mam na myśli albumy zarówno odważniej eksperymentujące z formą, jak i rzetelnie reprezentujące idiom swobodnej improwizacji. Chyba o to powinno chodzić w tej kategorii, prawda?

Pamiętam nadzieje wynikające z faktu, że rok temu zorganizowano – po raz pierwszy – odrębną galę poświęconą jazzowym nagrodom. Powstało parę nowych kategorii – w tym owa „eksperymentalna” – a w programie wydarzenia znalazło się miejsce zarówno dla Ewy Bem i Henryka Miśkiewicza, jak i improwizującego kwartetu wokalnego Voice Act czy awangardowych Malediwów. Mówiono o szansie na integrację środowiska i zwrócenie uwagi na rozległość tego, czym dzisiaj jazz i improwizacja są. Nagrody dla Tomasza Dąbrowskiego i Marcela Balińskiego można było też postrzegać jako znak, że ściana konserwatyzmu Akademii Fonograficznej, która przyznaje Fryderyki, pomału kruszeje.

Tegoroczna edycja pokazała, że na spełnienie tych nadziei póki co nie ma co liczyć. „Eksperyment” i „improwizacja” służyły jako wygodne frazesy, które tworzyły galową rzeczywistość. Fakt zaś jest taki: muzyka swobodnie improwizowana ani w nominacjach, ani w programie gali nie zaistniała prawie wcale. Gdybym był muzykiem, który zgłosił swój improwizowany album w stosownej kategorii, czułbym się dziwnie, widząc, że Fryderyka w tej kategorii zdobył Nikola Kołodziejczyk za płytę „Budyń o smaku Mickiewicza”. Słuchamy tam pełnej rozmachu piosenkowo-jazzowej suity na duży skład, którą oczywiście da się na siłę wciągnąć pod eksperymentalno-improwizowany parasol. Sprawa jednak staje się mniej względna, gdy zestawimy tę płytę z innymi zgłoszonymi – np. „Polofuturyzmem” Cześćtetu, „Portalami” Ki Ki Ki, „Flintem” duetu Karałow / Léandre czy „Planet Lem” RGG z Robertem Więckiewiczem. Wtedy naprawdę pozostaje zadumać się nad tym, jak Akademia w swojej kolektywnej przemyślności definiuje eksperyment i improwizację.

„Eksperyment” i „improwizacja” służyły jako wygodne frazesy, które tworzyły galową rzeczywistość

Zadumać można się także nad tym, w jaki sposób dopuściła ona do nominowania w kategorii „Album Roku” za 2025 muzyki, którą wydano w 2023. Mowa o „Suicie Parzęczewskiej” Irka Wojtczaka. Trzy lata temu ukazała się na Bandcampie, została też dołączona w formie CD do pisma „Jazz Forum”. Materiał ten poddano potem ponownemu miksowi i masteringowi, a w formie winyla wydało go AC Records. Inny nośnik, inne brzmienie, inna okładka – OK. Ale w jaki sposób nikomu w ponad 150-osobowym głosującym gremium (np. naczelnemu wspomnianego „Jazz Forum”) nie przyszło zawczasu do głowy, że to reedycja? Fakt ten zauważono już po ogłoszeniu nominacji, a w rezultacie płytę Wojtczaka wycofano.

Można też zastanawiać się nad przyczynami zwycięstwa Dominika Wani w kategorii „Artysta Roku”. Ten znakomity pianista nie wydał w 2025 żadnej autorskiej płyty i prawie nie koncertował z własnym repertuarem. Zamiast tego bardzo dużo grał z innymi zespołami. Na jego stronie internetowej widnieje lista prawie trzydziestu przedsięwzięć, w których wziął udział: od Bałaty po Damasiewicza, od Góreckiego po Preisnera, od Jazz Hop Festiwalu po występy z orkiestrami.

Czy Fryderykowa „beczka śmiechu” (używam tu zgrabnego określenia Adama Domagały) ma dno? Chyba nie, gdyż kolejne warstwy bezdenności odsłaniają się niemal każdego dnia. Na przykład w chwili, gdy zajrzymy na stronę Fryderyków i poczytamy biogramy artystów. Okaże się, że Emil Miszk nadal współtworzy kwartet Algorhythm (a ten nie istnieje od 2021), że Amalia Umeda nagrała album „Nowe ciepło” (a nagrała album „Nowoświt”), że O.N.E. to zespół polsko-skandynawski (a jest to zespół polsko-ukraiński)… To nie jedyne wpadki, więc zachęcam do poszukiwań na własną rękę. Jak widać, da się wynająć audytorium w Muzeum Historii Polski, a nie da się zatrudnić osoby, która profesjonalnie napisze biogramy występujących artystów i artystek.

Audytorium w Muzeum Historii Polski w Warszawie podczas Gali Muzyki Jazzowej. Fot. Mieszko Piętka AKPA/ZPAV

Wisienką na torcie niech będzie TVP Kultura, na której montażystów zawsze można liczyć. Jako wstęp do tego wątku idealnie posłużą słowa Anny Karnej czyli wicedyrektorki programowej TVP. Podczas niedawnej gali powiedziała: „Po raz kolejny transmitujemy galę wręczenia nagród Fryderyk i (…) to jest dokładnie misja telewizji publicznej. Aby być blisko artystów, aby artystów wspierać, aby dostrzegać ich sztukę i aby tę sztukę promować”. Galę faktycznie można obejrzeć w całości na stronie VOD Telewizji Polskiej, choć na antenie TVP Kultura dzień po wydarzeniu zaprezentowano skrót. Których fragmentów nie uznano za warte promocji w telewizji? Montażyści w ramach swojej misji wycięli najciekawsze muzycznie momenty: duet Marcina Maseckiego z Jorgosem Skoliasem, występ zespołu Tentno oraz bigbandowy hołd dla zmarłego parę miesięcy temu Gerarda Lebika. Ze stołu montażowego spadła też m.in. wypowiedź Kuby Więcka. Wręczając „eksperymentalnego” Fryderyka, alcista pozdrowił Jarka Polita ze sklepu Plakaton – miejsca, które uważa za istotne dla rozwoju muzyki eksperymentalnej w Polsce. Okazuje się, że nawet taka wypowiedź może być potraktowana jako błąd we Fryderykowym matriksie.

Przypomniał się ubiegły rok, kiedy TVP Kultura także pominęła co ciekawsze muzyczne zdarzenia: występy kwartetu Voice Act z Malediwami oraz grupy Deux Lynx z Kubą Więckiem. Precyzyjnie wycięto wtedy również apel Marcela Balińskiego do ministerstwa kultury o bardziej sprawiedliwą dystrybucję środków publicznych. Telewizyjne skróty rządzą się swoimi prawami – to jasne. Szkoda tylko, że prawa te stanowią, iż muzyka jakkolwiek niesztampowa czy po prostu bardziej wyrazista nie trafia do szerokiego odbiorcy.

Piszę to podsumowanie, mając świadomość, że są osoby, dla których mimo wszystko nominacja bądź wygrana stanowi ważny moment. Życzę każdemu, by wyróżnienie pomogło mu w karierze. Myśląc o Fryderykach, trudno jednak abstrahować od przywołanych tu okoliczności, nominacyjnych zdziwień i sytuacji z lat poprzednich, które chluby temu przedsięwzięciu nie przynosiły. Autoafirmacyjna narracja Fryderykowa – o „prestiżowej nagrodzie”, „wyjątkowo cennym trofeum” i „święcie różnorodności” – ma się mimo to świetnie. Czy ktokolwiek na poważnie w nią wierzy?

Zobacz też

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Najnowsze wpisy

Pełne archiwum