ImproSpot

America first!

Jeśli ktoś ma ochotę spędzać w Warszawie owocne letnie jazzowe dni, festiwal Warsaw Summer Jazz Days lepiej omijać. Miniona edycja pokazała to po raz kolejny. Ciekawsze od programu festiwalu okazały się wypowiedzi jego dyrektora: na przykład o wyższości jazzu amerykańskiego nad europejskim albo o lenistwie polskich słuchaczy
Jeśli ktoś ma ochotę spędzać w Warszawie owocne letnie jazzowe dni, festiwal Warsaw Summer Jazz Days lepiej omijać. Miniona edycja pokazała to po raz kolejny. Ciekawsze od programu festiwalu okazały się wypowiedzi jego dyrektora: na przykład o wyższości jazzu amerykańskiego nad europejskim albo o lenistwie polskich słuchaczy
Warsaw Summer Jazz Days (finał)
Maciej Krawiec
Klub Stodoła, Warszawa
5.07.2026
Warsaw Summer Jazz Days (finał)
Klub Stodoła, Warszawa
5.07.2026
Maciej Krawiec

Na początek zagadka: kiedy został udzielony wywiad, z którego pochodzą te zdania? „Jazz amerykański niezmiennie przewyższa poziomem artystycznym to, co dzieje się w jazzie europejskim”. „Biali muzycy nie są w stanie zagrać takich dźwięków, jak czarni”. „Największą słabością europejskich muzyków jest brak odpowiedniej dramaturgii koncertu. Jest za to skupienie, śmiertelna powaga i ciężka atmosfera pozbawiona nuty zabawy. Oczywiście, nie mówię o wszystkich, staram się uogólnić problem”.

Wolałbym podać jakieś dwudziestowieczne źródło takich powierzchownych i esencjalizujących słów. Ukazały się one jednak 26 czerwca tego roku w wywiadzie, którego bezkrytycznemu Markowi Duszy udzielił Mariusz Adamiak – osoba odpowiedzialna za program dwóch największych jazzowych festiwali w stolicy: Warsaw Summer Jazz Days oraz Jazz Jamboree. W tym samym wywiadzie Adamiak stwierdza również, że „słuchacze w Polsce rzadko poszukują nowych artystów z własnej inicjatywy”. Brak poszukiwania nowych artystów należy jednak zarzucić Adamiakowi. Od lat skupia się na jazzowej rozrywce, jest zapatrzony w scenę amerykańską i regularnie sprowadza tych samych muzyków.

Plakat Warsaw Summer Jazz Days 2026. Projekt: Andrzej Pągowski

Rzadkością jest też zapraszanie liderek autorskich składów. Na tegorocznym WSJD wystąpiło dwanaście zespołów i tylko dwóm przewodziły kobiety: Lizz Wright („Ona ma najładniejszą barwę głosu ze wszystkich wokalistek”) oraz Patricia Brennan („Najdłużej zastanawiałem się nad zaproszeniem Brennan”). Bardzo podobnie wyglądało to na poprzednich edycjach obu imprez, które organizuje Adamiak. Kuriozalnie prezentuje się pod tym względem nadchodzący festiwal Jazz Jamboree, zaplanowany na koniec października. Zagra dziewięć składów i ani jeden nie jest prowadzony przez artystkę. Wprawdzie nie jestem zwolennikiem bezwarunkowych parytetów, ale tak ostentacyjne pomijanie kobiet nie mieści mi się w głowie. Dodajmy, że Jazz Jamboree będzie w tym roku skupiony na polskich zespołach. Wiele można powiedzieć o naszej scenie, ale na pewno nie to, że nie ma na niej interesujących kompozytorek i improwizatorek, które zasługiwałyby na ekspozycję przed dużą widownią. One się na Jazz Jamboree nie pojawią, a warszawska publiczność po raz nie wiadomo który będzie miała okazję posłuchać muzyków z kategorii „Znani i lubiani”: Adama Bałdycha, Marcina Maseckiego czy Marcina Wasilewskiego. Dodajmy, że Bałdych wystąpi u Adamiaka z tym samym składem, z którym zagra (też w Warszawie) na niebiletowanym festiwalu Jazz na Starówce pod koniec sierpnia…

Jeden z moich znajomych określił kiedyś narzekanie na przedsięwzięcia Adamiaka „kopaniem leżącego”. Tyle że ten rzekomo leżący stale cieszy się sowitym wsparciem publicznym, Warszawa ma owe imprezy na swoich kulturalnych sztandarach, pojawiają się na nich politycy, a Polskie Radio oraz media komercyjne angażują się w jego promocję. Gdy jednak weźmiemy w nawias te wszystkie PR-owe hasła o „jednym z najważniejszych festiwali” czy „święcie jazzu” i z uwagą spojrzymy na inne polskie wydarzenia tego typu, stanie się jasne, że znacznie ciekawsze odbywają się w Łodzi, Krakowie, Gdańsku, Poznaniu czy Wrocławiu. Zaś w Warszawie, jeśli ktoś naprawdę ma ochotę spędzić owocne letnie jazzowe dni, lepiej obserwować na przykład cykle „Lado na wsi” oraz „Lado w mieście”, śledzić repertuar klubów Młodsza Siostra czy Spatif, a także odwiedzać okazjonalne koncerty w sklepie Plakaton (ot, choćby w najbliższy piątek zagra tam znakomita pianistka Kaja Draksler).

Mariusz Adamiak od lat skupia się na jazzowej rozrywce, jest zapatrzony w scenę amerykańską i regularnie sprowadza tych samych muzyków

Czy o czymś jeszcze warto po tegorocznym Warsaw Summer Jazz Days wspomnieć? Może o tym, że grafik Andrzej Pągowski po raz kolejny podpisał się pod sztampowym do bólu projektem plakatu? Albo o książeczce z programem, którą ponownie zredagowano w odpychający sposób? Zamiast o nich, lepiej pewnie podzielić się wrażeniami z koncertu, który faktycznie wypadł w tym roku rewelacyjnie. Mam na myśli występ artystki, nad której zaproszeniem Adamiak miał zastanawiać się najdłużej. Swoją drogą, to naprawdę ciekawe: dlaczego ktokolwiek miałby wahać się w sprawie koncertu akurat Patricii Brennan, czyli wybitnej wibrafonistki, która na kolejnych płytach prezentuje świeżą, pełną jakości muzykę? Mniejsza o to. Grunt, że jej septet do Warszawy trafił.

Patricia Brennan. Fot. Krzysztof Machowina
Patricia Brennan, Kim Cass, Kalí Rodríguez-Peña, Jon Irabagon, Mark Shim, Dan Weiss i Keisel Jimenez (Patricia Brennan Septet). Fot. Krzysztof Machowina

Zespół wystąpił z repertuarem ze znakomitego albumu „Breaking Stretch” (2024), gdzie w ramach wieloplanowych, polirytmicznych kompozycji eksploruje energetyczny latin jazz z elementami minimal music czy cool jazzu. Takie połączenie wyrafinowanej rytmiki, złożoności melodyczno-aranżacyjnej z witalnością wykonania robi wielkie wrażenie na płycie. Podczas koncertu wszystkie walory muzyki Brennan świeciły jeszcze jaśniej. Liderka oczekiwała wprawdzie dyscypliny w realizacji wykoncypowanych przez nią form, ale pozwalała przy tym zespołowi na bardzo żywiołową grę, długie solówki i śmiałe interakcje. Przypomniało mi się wtedy sformułowanie „social music”, którego w kontekście jazzu wolał używać Miles Davis. Sposób grania tego składu, jego zabawa muzyką, a także metody współpracy w ramach septetu – to wszystko sprawiało, że robili wrażenie radosnej, zaangażowanej, szanującej się społeczności. Emanowali inkluzywną, taneczną energią, co nie dziwiło, gdyż dla urodzonej w Meksyku Brennan – jak powiedziała między utworami – „groove i taniec są wszystkim”. Zaś w parze z tym ludycznym elementem szedł tam intelektualizm formy, dzięki czemu ich muzyka nie tylko porywała, ale też intrygowała.

Koncert Brennan okazał się znacznie ciekawszy od pozostałych, które odbyły się ostatniego dnia festiwalu. Pianista Julius Rodriguez zaaplikował publiczności pełną nachalnych popisów mieszankę archaicznego jazzu elektrycznego z soulem. A jak wypadł kwartet Gonzalo Rubalcaby z Chrisem Potterem, Larrym Grenadierem i Erikiem Harlandem, który wystąpił na finał imprezy? Zagrali oni tak, jak na gwiazdy przystało: pokazali wykonawstwo najwyższej próby, o którym można by długo opowiadać. Niepodważalny kunszt członków grupy nie przełożył się jednak na przekonującą współpracę kolektywu. Odebrałem więc ich koncert bardziej jako występ typowego, umiarkowanie zgranego „all-stars bandu” aniżeli składu, który – poprzez repertuar i metody interakcji – proponuje odrębną, naprawdę wartą uwagi jakość.

Zobacz też

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Najnowsze wpisy

Pełne archiwum