Przez duże R i duże J
Warszawa, 14.08.2026
Warszawa, 14.08.2026
„Mamy potrzebę wyjazdu w drugiej połowie sierpnia i nawet jeśli kalendarz świąt nie dopisze, a długi weekend staje się krótkim weekendem, to i tak chcemy ruszyć”. Takimi słowami Karol Wagner z Tatrzańskiej Izby Gospodarczej komentował w telewizyjnych „Faktach” tłumy turystów, którzy zjechali na Podhale w okolicach 15 sierpnia. Gdyby zaś dziennik TVN-u przygotował materiał na temat koncertu Marcina Maseckiego w Warszawie 14 sierpnia, mogłyby tam paść analogiczne zdania: „Mamy potrzebę słuchania Maseckiego niezależnie od tego, czy występ odbywa się w letni weekend, gdy ludzie masowo wyjeżdżają z miast. Widzowie i tak chcą ruszyć na takie wydarzenie”.
Ruszyli do tego stopnia, że w piątkowy wieczór Studio Koncertowe Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego pękało w szwach. Masecki wystąpił tam ze swoim nonetem, z którym nagrał album „Boleros y Masecki” (2025). Repertuar z tamtego albumu nadal jest wykonywany, ale podczas piątkowego koncertu słuchaliśmy innej muzyki. Były to „Suity bluesowe”, które pianista skomponował przed rokiem na zamówienie festiwalu Łódź Wielu Kultur.
Z wypowiedzi Maseckiego wynika, że do bluesa podchodzi ostrożnie. Mówi wprawdzie o wzruszających i pięknych bluesowych utworach, z uznaniem opowiada o dorobku Roberta Johnsona, Skipa Jamesa czy W.C. Handy’ego. Podkreśla jednak, że jest to muzyka odległa mu kulturowo: pierwotnie była to przecież ludowa twórczość Afroamerykanów, a na jej charakter miała wpływ pamięć o czasach niewolnictwa. Do bluesowego repertuaru podszedł więc z respektem, ale w jego postawie bynajmniej nie zabrakło elementów, które znamy z innych przedsięwzięć artysty. Mam na myśli rozmach, brawurę, humor, skłonność do przekory i nagłych narracyjnych cięć.
Wykonane na warszawskim koncercie „Suity bluesowe” to dwie kompozycje trwające po około pół godziny, w które Masecki zręcznie wplótł szereg tradycyjnych bluesowych pieśni. Głównymi inspiracjami była twórczość Roberta Johnsona i Skipa Jamesa: wybrzmiały aranżacje między innymi „Crow Jane”, „I’m So Glad”, „Devil Got My Woman” i „Careless Love”. Podobnie jednak jak przy programie z muzyką latynoamerykańską, tak i tutaj bluesowa melodyka oraz konkretne motywy stały się częścią większej całości. Złożyły się na nią nie tylko wzruszające, intymne wyznania, ale też ogrom wrażeń wynikających z możliwości tak dużego składu. Obok pianisty wystąpili bowiem Michał Aftyka (gitara basowa), Jan Pieniążek (perkusja), a także Marcin Konieczkowicz i Miłosz Pieczonka na saksofonach altowych, Ignacy Wendt i Brunon Wojnarski na trąbkach oraz Michał Daszkiewicz i Stanisław Dołgań na puzonach.
Masecki chętnie łączył impet swingującej pulsacji z motywami napływającymi z różnych stron: z wnętrza fortepianu albo od którejś z sekcji dętych. Rzadko wykorzystywał jednocześnie cały aparat wykonawczy. Wolał skupić się na przykład na motywie powtarzanym przez alty na tle grającej ostinato sekcji rytmicznej albo angażować zespół do konwersacji typu „call and response”, pełnej głosów prostych i wyrazistych. Masecki znakomicie wyczuwa dynamiczny potencjał takiego składu: z wyczuciem balansował między oszczędną, rozrzedzoną dźwiękową materią a skokami ekspresji w wykonaniu większej liczby instrumentów. Mogliśmy więc słuchać charakterystycznej gry solo pianisty, pełnej ornamentów, pozornych potknięć i przekornych repetycji, ale odbywały się również ekscytujące spotkania w kameralnym gronie czy sekwencje zbiorowe, które kojarzyły się zarówno z bigbandowym, estradowym Swingiem, jak i chociażby z minimal music. Czasem nonet Maseckiego brzmiał jak orkiestra Gershwina albo Ellingtona, a później – jak skład Milesa Davisa z albumu „Sketches of Spain”, by zaraz wcielić się niemal w hip-hopowy live band. Słowo daję, że w pewnym momencie zespół grał coś pomiędzy „Normalnie o tej porze” grupy Kaliber 44 a utworem „Clint Eastwood” Gorillaz. Chwilami zaś całość przybierała takiego rozrywkowego rozmachu, że gdyby kręcono polską wersję „Blues Brothers”, to nie trzeba by robić castingu na muzyczną obsadę. Co jednak najważniejsze, jest to rozrywka przez duże R, realizowana z jakością przez duże J.
Zwróciłbym uwagę na jeszcze dwa elementy piątkowego występu. Raz za razem można było się przekonać, jak doskonale – pomimo sprawności w operowaniu dużym składem – Masecki czuje się w formacie tria. O ile basista Michał Aftyka grał tu rolę raczej stabilizującą, o tyle na linii Masecki-Pieniążek nieustannie działo się coś błyskotliwego. Pieniążek zresztą, arcysprawnie realizując swingująco-motoryczne zadania, wydawał się sporadycznie zaskakiwać partnerów: schodził z wytyczonej ścieżki, nieoczekiwanie milkł albo stawiał gdzieś niespodziewany akcent. Słowa uznania warto skierować także do pary alcistów: Konieczkowicza i Pieczonki. Jakość ich gry – zarówno gdy wspólnie wykonywali skomponowane motywy, jak i podczas partii solowych – robiły szczególne wrażenie. Masecki ma zresztą szczęście nie tylko do basistów i perkusistów, ale także właśnie do saksofonistów altowych. Wszak przez jego nonet przewinęli się też Wojciech Lichtański, Eldar Tsalikov czy Kuba Więcek.
Masecki to muzyk rozchwytywany, więc w najbliższych dniach nie zabraknie kolejnych okazji do słuchania go na żywo. W tę sobotę na warszawskim festiwalu Jazz na Starówce zagra program z płyty „Boleros y Masecki”, a pięć dni później wykona go w łódzkim klubie Wytwórnia. Odwiedzi też festiwal Warszawa Singera, gdzie 26 sierpnia zaprezentuje repertuar Henryka Warsa.
Jest osobą zajętą, więc pewnie nie wie o tym, że na jego występ w Studiu im. Lutosławskiego z uśmiechem zapraszała postać wygenerowana przez sztuczną inteligencję. Z kolei na Jazzie na Starówce pojawi się na tej samej scenie, gdzie przed miesiącem zagrał Nicholas Payton – muzyk, który z dumą występował niedawno w Rosji. Cóż, przyszło nam żyć w naprawdę ciekawych czasach…
Zobacz też
America first!
Fryderykowy matriks
Komentarze