ImproSpot

Wszystko na poważnie

Zdaję sobie sprawę, że w pewnych moich projektach jest sporo humoru. Wiem, że dla wielu osób na przykład sytuacja, gdy moduluję wysokość swojego głosu za pomocą Auto-Tune'a, jest zabawna. Nie mam jednak na celu być komikiem. Nie chciałbym, by ludzie traktowali moje projekty jako bekę
Zdaję sobie sprawę, że w pewnych moich projektach jest sporo humoru. Wiem, że dla wielu osób na przykład sytuacja, gdy moduluję wysokość swojego głosu za pomocą Auto-Tune'a, jest zabawna. Nie mam jednak na celu być komikiem. Nie chciałbym, by ludzie traktowali moje projekty jako bekę
Szymon „Pimpon” Gąsiorek
Szymon „Pimpon” Gąsiorek
rozmawia Maciej Krawiec
rozmawia Maciej Krawiec

Maciej Krawiec: Spotykamy się w okresie letnim – czasie, który tradycyjnie wypełniają duże festiwale, plenerowe cykle koncertowe oraz inne przedsięwzięcia o różnej skali. Ty tego lata zagrałeś na festiwalu Spokój na Kaszubach i zrealizowałeś trasę nowego zespołu Ksero, który tworzysz z Piotrem Bukowskim. Na co dzień mieszkasz w Słowenii. Jak podchodzisz do planowania takich występów w Polsce?

Szymon „Pimpon” Gąsiorek: Zazwyczaj razem z moją partnerką (pianistką Kają Draksler – przyp. MK) próbujemy upiec kilka pieczeni na jednym ogniu. Staramy się połączyć trasy koncertowe i jakieś pojedyncze występy z wyjazdami rodzinnymi. Mamy małą córkę, więc musimy też brać pod uwagę kwestię opieki nad nią. W lecie w tym roku najpierw pojechaliśmy do Danii, bo tam Kaja grała parę koncertów na Copenhagen Jazz Festival. Ja w tym czasie zajmowałem się córką. Później ruszyliśmy do Berlina i tam Kaja została na kilka występów. Ja wtedy pojechałem z córką do Polski, odwiedziłem brata w Zielonej Górze, zostawiłem córkę z moją mamą, a sam pojechałem najpierw na Spokój Festiwal, a potem w trasę z Piotrem. Teraz byliśmy w takich rozjazdach tylko w lipcu, ale w ubiegłym roku spędziliśmy w ten sposób półtora miesiąca. Łączenie wakacji z występami wymaga przygotowań, chociaż, szczerze mówiąc, nasze życie ogólnie tak wygląda: wakacji nigdy nie ma, ale też zawsze są. (śmiech)

Jak w kontekście tej logistyki sprawdza ci się mieszkanie w Słowenii?

Bardzo dobrze. Do lotniska w Lublanie mamy dziesięć minut samochodem, więc komunikacja z resztą Europy nie jest skomplikowana. Oczywiście chciałbym być częściej w Polsce albo w Danii, ale nie można mieć wszystkiego. Cenię sobie życie w Słowenii także z tego powodu, że mamy tam super warunki. Mieszkamy w domu, gdzie jedno z pięter przerobiliśmy na pracownię. Służy jako miejsce prób, studio i przestrzeń biurowa. To duży komfort móc codziennie pracować tam nad muzyką. To dla mnie ważne zwłaszcza teraz, gdy jestem ojcem. Mając takie warunki, łatwiej mi skutecznie wykorzystywać ograniczone godziny przeznaczone na pracę – czyli najczęściej wtedy, gdy córka jest w żłobku. Wydaje mi się, że jestem teraz sprawniejszy w pracy artystycznej. Gdy byłem freelancerem bez rodziny, trochę kręciło mi się w głowie od nadmiaru pomysłów. Czasami trudno organizowało mi się pracę. Myślę, że skupianie się nad konkretnymi zadaniami i doprowadzanie ich do końca teraz idzie mi lepiej niż wcześniej.

Maciej Krawiec i Szymon „Pimpon” Gąsiorek w Klubojadalni Młodsza Siostra w Warszawie. Fot. Kacper Bartczak

Mimo tego, że nie mieszkasz w Polsce, występujesz tutaj regularnie, tworzysz zespoły – choćby wspomniany duet Ksero. Skąd pomysł na zawiązanie takiej grupy? Nie kojarzę twojej wcześniejszej współpracy z Piotrem Bukowskim.

Poznaliśmy się około dziesięć lat temu przy okazji koncertów w Mózgu Powszechnym w Warszawie. Każdy z nas występował solo tego samego wieczoru. Nie pamiętam, czy graliśmy wtedy razem. Potem wiele razy nasze drogi się przecinały. Piotrek przyjeżdżał na przykład regularnie na festiwal Dźwięko Działka, który organizowaliśmy z bratem w ogrodzie przy domu rodzinnym naszego ojca we Wschowie. Tam zagraliśmy typowo improwizowany duet. Później przez lata niczego nie tworzyliśmy muzycznie razem, ale zawsze chcieliśmy. I to była w sumie inicjatywa Piotra, by do tego wreszcie doszło. Powiedział, że przyjedzie do mnie do Słowenii na parę dni, żebyśmy coś w końcu zrobili. Tak się zaczęło.

Nie udało mi się być na żadnym z waszych czterech koncertów, ale na dostępnych nagraniach z lipcowej trasy widać, że w sposób performatywny odnosicie się do tematyki pracy biurowej. Jesteście przebrani za „białe kołnierzyki”, a w waszym instrumentarium znajduje się między innymi… drukarka igłowa.

Przygotowując się do pracy nad wspólnym materiałem, wysłałem Piotrowi moje szkice kompozycji. Opierały się na repetycji rytmicznej i przesunięciach rytmu. Gdy usłyszał te propozycje, skojarzyły mu się z pracą biurową. Powtarzalną i spokojną. Eksploracja takich koncepcji przyniosła utwory muzyczne, a do tego dochodzą jeszcze elementy performatywne.

Na przykład?

Na przykład takie, że włączamy gotowanie wody w czajniku i w tym czasie gramy jakiś motyw. Gdy woda się zagotuje, robimy sobie herbatę, po czym gramy kolejny motyw, który ma pauzy. W ich trakcie pijemy łyk herbaty. W jednym utworze piszemy ręcznie na kartce, która leży na desce nagłośnionej mikrofonem kontaktowym.

A drukarka igłowa?

Piotrowi udało się tak ją zaprogramować, że jesteśmy w stanie kontrolować jej działania i wchodzić z nią w interakcję. Można ją postrzegać wręcz jako trzeciego muzyka.

Piotr Bukowski podczas koncertu zespołu Ksero w Fuzji w Łodzi. Fot. Patryk Grądys
Szymon „Pimpon” Gąsiorek podczas koncertu zespołu Ksero w Fuzji w Łodzi. Fot. Patryk Grądys

Ty się chyba dość swobodnie czujesz w takich performatywnych, nieszablonowych sytuacjach, prawda? Mam na myśli na przykład teledysk do „Andante” Alfonsa Slika (czyli duetu Szymona z Grzegorzem Tarwidem – przyp. MK), gdzie wykonujecie na plaży ćwiczenia fizyczne, albo zapowiedź jednej z tras koncertowych, na którą zapraszasz, mając werbel na głowie.

U mnie to raczej wychodzi spontanicznie, ale nie wydaje mi się, bym jako performer czuł się jak ryba w wodzie. Lubię, gdy na koncertach pojawiają się elementy performatywne, które poszerzają kontekst i percepcję. Zdarza mi pójść w tym kierunku podczas występów, jeśli zainspiruje mnie do tego dana chwila, ale moim medium wyrazu pozostaje muzyka sama w sobie. Natomiast Piotr kiedyś dużo pracował w teatrze, tworzył muzykę do spektakli. Wydaje mi się, że to sprawiło, że ma bardziej konceptualny, dramaturgiczny umysł. Za jego sprawą w trakcie naszych występów mamy scenografię i kostiumy.

Szymon „Pimpon” Gąsiorek

Perkusista i kompozytor tworzący muzykę na styku gatunków: akustycznej muzyki perkusyjnej, współczesnej muzyki elektronicznej, avant-popu, noise’u, nagrań terenowych i muzyki improwizowanej. Studiował w Rhythmic Music Conservatory w Kopenhadze, a obecnie mieszka w Słowenii. W ubiegłych latach aktywnie prowadził zespoły Pimpono Ensemble, Pimpono 2+4 oraz E/I, a obecnie jego głównym autorskim składem jest Cześćtet. Członek wielu eksperymentalnych duetów: Alfons Slik (z Grzegorzem Tarwidem), Czajka & Puchacz (z Kają Draksler), Wood Organization (z Tomo Jacobsonem), Boys Cry (z Gianlucą Elią) i in. Nagrywa i występuje także solo: ma na koncie albumy „Pozdrawiam” (2022), „b-day EP” (2023) oraz „drumz for health” (2025), a kolejny zostanie wydany w przyszłym roku przez wytwórnię Pointless Geometry. Strona internetowa artysty

Ksero jest kolejną grupą duetową, gdzie, jak sądzę, po partnersku i demokratycznie dzielisz się obowiązkami z drugą osobą. Pozostałe tego typu składy, które funkcjonują, to Czajka i Puchacz, Alfons Slik oraz Wood Organization. Z kolei jeśli chodzi o zespoły, gdzie pełnisz rolę lidera, to obecnie chyba tylko Cześćtet jest aktywną grupą tego rodzaju?

Tak. Co prawda nie zakończyłem oficjalnie działalności Pimpono Ensemble czy E/I, ale z wielu powodów tej aktywności prawie nie ma. Jedną z przyczyn jest trudność bookowania większych, międzynarodowych grup. W przypadku E/I czasami pojawia się jakaś propozycja, ale szybko się rozpływa. Jeśli chodzi o Pimpono Ensemble, to obecnie ten temat odpuściłem. Oba składy narodziły się i funkcjonowały w Kopenhadze (gdzie Szymon mieszkał w latach 2013-2022 – przyp. MK), więc teraz nie mamy warunków do spotkań i regularnej pracy. W związku z tym moja energia faktycznie przelała się teraz na Cześćtet. To jest zespół, który założyłem, prowadzę go i na niego komponuję. Jednocześnie liczę na inwencję osób, które zaprosiłem do składu (czyli Grzegorza Tarwida, Marka Pospieszalskiego, Julka Płoskiego i Bartosza Webera – przyp. MK). Są to indywidualności o własnym języku artystycznym. Ich wkład stanowi niezbędny komponent muzyki Cześćtetu.

W przypadku tego zespołu komponentów jest bardzo dużo. Na waszej płycie „Polofuturyzm” potwierdzasz zainteresowanie wieloma stylistykami i kontrastami.

Lubię kontrastować ze sobą elementy pochodzące z różnych gatunków. Nie chcę oddawać się na przykład wyłącznie muzyce improwizowanej, która też ma swoje przewidywalne ścieżki. Pamiętam, gdy chodziłem często na koncerty improwizowane w Kopenhadze i w pewnym momencie stwierdziłem, że ciągle słucham muzyków używających bardzo podobnych środków ekspresji. Tych samych narzędzi, tego samego rodzaju interakcji. Czy taką muzykę powinniśmy nazywać „free” albo „swobodnie improwizowaną”, jeśli ograniczamy się do konkretnego języka i, w gruncie rzeczy, gatunku?

Czy właśnie taką muzykę nazywasz „impro shrimpro”? (Nawiązuję do określenia użytego przez Szymona podczas wywiadu, którego razem z Kają Draksler udzielili kilka miesięcy temu Katerynie Ziabliuk w podcaście „Podpowierzchnia” – przyp. MK)

Tak! (śmiech) Mamy z Kają takie określenie na swobodną improwizację, która nie ma ukierunkowania ani oryginalnego brzmienia i jest takim bezpiecznym działaniem, często nastawionym na sonorystykę i preparację instrumentów. A ja właśnie w kontrze do „impro shrimpro” zacząłem kombinować, jak te tendencje przebić. Grałem jakieś akordy na syntezatorze, dokładałem generyczne brzmienia perkusji elektronicznej, a potem doszedł jeszcze Auto-Tune i użycie głosu. Chciałem w ten sposób połączyć brzmienie mainstreamowe z awangardą, noisem czy sonorystyką, w czym zresztą odbija się fakt, że sam słucham prawie każdego gatunku. W dzisiejszym świecie, w czasach internetu i globalnej wioski, naturalne jest, że wpływa na nas bardzo różna muzyka.

Liczę na inwencję osób, które zaprosiłem do Cześćtetu. Ich wkład to niezbędny komponent naszej muzyki

Na „Polofuturyzmie” – ale też na innych płytach – dochodzi do tego jeszcze materiał literacki, najczęściej twojego autorstwa. Jak przebiega proces wyważania przez ciebie tych elementów? W jaki sposób decydujesz, ile będzie post-rocka, a ile swobodnej improwizacji, disco czy recytacji?

W przypadku Cześćtetu jest tak, że najpierw gromadzę pomysły, które eksplorujemy wykonawczo podczas prób. Później utrwalamy je poprzez występy na żywo i ostatecznie na sesji nagraniowej. Proces, o którym mówisz, następuje później. Dobieram take’i, powoli układam, co pasuje, a czego jest za dużo… Myślę, że intuicja mnie wtedy prowadzi.

Muzycy z zespołu biorą udział w tym procesie?

Praca nad ukształtowaniem ostatecznej formy albumu należy do mnie, ale gdy już zrobię selekcję i ułożę kolejność utworów, wysyłam to chłopakom do wglądu. Gdy ma się tak duży zespół, nie można oczekiwać, że każdy się wypowie. Jak ktoś chce mieć wpływ na dany proces i się wypowie, biorę to pod uwagę. Nie muszę mieć jednak zawsze opinii wszystkich.

Bartosz Weber, Grzegorz Tarwid, Marek Pospieszalski, Szymon „Pimpon” Gąsiorek i Julek Płoski (Cześćtet). Fot. Agnieszka Gąsiorek i Marcin Dominiak

Gdy komentowałeś ubiegłoroczne wyróżnienie „Polofuturyzmu” w plebiscycie „Gazety Wyborczej”, zwracałeś uwagę na fakt, że ta płyta nie miała intencji komediowych. Podkreślałeś też, że nie wynikała z inspiracji albumem „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” zespołu Kury.

Zdaję sobie sprawę, że w pewnych moich projektach – choćby w Alfonsie Sliku albo Cześćtecie – jest sporo humoru. Wiem, że dla wielu osób na przykład sytuacja, gdy moduluję wysokość swojego głosu za pomocą Auto-Tune’a, jest zabawna. Zależało mi jednak na zasygnalizowaniu, że nie mam na celu być komikiem. Nie chciałbym, by ludzie traktowali moje projekty jako bekę, ponieważ wszystko, co robię, robię na poważnie.

Chętnie porównuję „Polofuturyzm” do „Dnia świra”. Oglądając ten film, trudno się nie śmiać, ale przecież czujemy, że za scenkami jak z kabaretu kryje się gorycz, dramat i poważna refleksja na temat relacji międzyludzkich czy polskości. Na waszym albumie dzieje się coś podobnego. Wystarczy spojrzeć chociażby na tytuł utworu „Tak tak nie nie”: z jednej strony absurdalny, a z drugiej mógłby być podsumowaniem epizodu z „Dnia świra”, gdzie politycy rozprawiają o „najmojszej racji” i rozrywają polską flagę. Tytuł „Strach lęk niepokój” mówi sam za siebie. Tekst „Utopii” traktuje o nierównościach społecznych, kruchości idealizmu, ciężarze niepozornych zmagań z rzeczywistością… Nie chcę powierzchownie sklejać twojego wielowymiarowego i współczesnego albumu z filmem sprzed dwudziestu pięciu lat. „Polofuturyzm” oddziałuje w inny sposób i jest odrębnym dziełem. Pośród całej tej muzycznej barwności odnajduję jednak słodko-gorzki, wspólny mianownik z filmem Koterskiego.

Dziękuję, że porównujesz naszą płytę do „Dnia świra”. Dla mnie jest to arcydzieło, jeśli chodzi o skondensowanie polskiej kultury. To niesamowite, ile jest tam uważnych obserwacji – także odnoszących się do mikrozachowań społecznych albo aspołecznych, które są bardzo dziwne, a jednocześnie bardzo powszechne. Jeśli chodzi o polskość, to rzeczywiście chciałem, by Cześćtet miał w sobie taki pierwiastek.

Nazwa zespołu jest arcypolska.

I tytuł płyty także. Zależało mi na tym, by ten zespół w jakimś sensie był artystycznie polski. Żeby teksty były po polsku. Odniesienia muzyczne też są dla mnie w pewien sposób polskie.

Jak powstają teksty na twoje płyty?

Mam dwie praktyki. Gdy zależy mi na konkretnym i jasnym przekazie, piszę teksty krótkie i dosadne. Może to być jedno słowo, jedno zdanie, maksymalnie cztery linijki. Moją drugą praktyką jest strumień świadomości na czas. Ustawiam sobie stoper na trzy albo pięć minut, z założeniem, że nie mogę przestać. Taka jest główna zasada. To, co przychodzi do głowy, od razu zapisuję. Tak między innymi powstał tekst do „Utopii”. W taki sposób pisaliśmy też kiedyś z Grzesiem (Tarwidem – przyp. MK) tekst do „Obiecałaś mi”. Siedzieliśmy obok siebie, włączyliśmy stoper i każdy pisał swoją zwrotkę. Bardzo lubię tę metodę, bo ona sprawia, że wychodzą z ciebie rzeczy, które w innych okolicznościach by nie wyszły. Zaskakuję wtedy sam siebie.

Bardzo lubię pisać strumieniem świadomości. Ta metoda sprawia, że wychodzą z ciebie rzeczy, które w innych okolicznościach by nie wyszły

„Utopia” to jest jeden do jednego tekst, który powstał w ten sposób? Nie było żadnych korekt? Poprzez taki tryb pisania mogą wyjść na wierzch treści, którymi wolałbyś się nie dzielić z innymi.

Nie pamiętam na sto procent, ale wydaje mi się, że w tym przypadku tekst pozostał w oryginalnej formie. Nie wykluczam takiej opcji, że wykreślę słowo czy zdanie. Nie mam w sobie purysty, który w takich sytuacjach powiedziałby: „To jest strumień świadomości, nie dotykaj tego”! (śmiech) Taka metoda twórcza mi się po prostu przydaje i myślę, że w przypadku „Utopii” dobrze wyszło. Gdy później to czytałem, miałem poczucie, że jako forma ten tekst jest w porządku.

„Utopię” czyta Grzegorz Tarwid. Słychać, że nie jest zawodowym lektorem. W kontekście całego albumu ten brak doskonałości świetnie pasuje. Stanowi kolejną oznakę autentyzmu i indywidualizmu.

Podoba mi się, że to ma taki domowy charakter, ale jednocześnie uważam, że Grzesiowi bardzo fajnie poszło w studiu. Jego timing, wyczekiwanie pewnych momentów jest na spoko poziomie.

W jednym miejscu też się poprawia. Super, że to zostawiliście.

Lubię takie rzeczy, także w warstwie instrumentalnej. Pamiętam, że jak powstawał pierwszy album Pimpono Ensemble, to chyba tubista zagrał dźwięk, którego nie było w kompozycji. Popełnił błąd. Inżynier dźwięku, który realizował miks, zapytał, czy ma to poprawić. Odpowiedziałem, że nie. Był zdziwiony, że nie zależało mi na tym.

Obok praktyk literackich są też twoje praktyki plastyczne. Namalowałeś na przykład obraz, który widać na okładce płyty „Zdrowie najważniejsze” Alfonsa Slika. Jesteś autorem oprawy graficznej albumu „drumz for health”. Twoje ostatnie trasy – jako duet Ksero i z Cześćtetem – zapowiadały plakaty, które narysowałeś. Te wszystkie prace mają swój charakter i ciekawie współdefiniują działania muzyczne. Jak ważna jest dla ciebie ta wizualna twórczość?

Już jako dziecko bardzo lubiłem rysować i malować. Myślę, że miałem naturalny talent, ale nigdy nie rozwijałem tych umiejętności w usystematyzowany sposób. W efekcie mam za mało praktyki i znam za mało kontekstów, by czuć, że posiadam własny język wizualny, w którym mogę wyrazić siebie. Mimo to, gdy przychodzi mi do głowy jakiś pomysł plastyczny, realizuję go i czasem on trafia na okładkę, plakat czy t-shirt. Na okładce do „Zdrowia najważniejszego” chciałem na przykład, by to była taka niby tradycyjna martwa natura, ale widać tam czujnik tlenku węgla, zawieszoną płytę CD czy ręcznik kuchenny. Obraz namalowałem farbami, ale poprosiłem Olę Ołdak, żeby – jako kontrast – zaprojektowała napisy w 3D. Czasami udaje mi się zaprosić do współpracy artystki i artystów, których uwielbiam. Na przykład oprawę do „Polofuturyzmu” stworzył Rafał Dominik, który robi w 3D między innymi takie postaci o wyolbrzymionych cechach fizycznych. Bardzo mi się podobają. Gdy Rafał słuchał naszej muzyki, skojarzyła mu się z „Babim latem” Chełmońskiego. Dlatego na okładce płyty znalazła się reinterpretacja tego obrazu.

Okładka albumu „Zdrowie najważniejsze” duetu Alfons Slik. Projekt: Szymon „Pimpon” Gąsiorek (obraz) i Aleksandra Ołdak (napisy)
Okładka albumu „Polofuturyzm” zespołu Cześćtet. Projekt: Rafał Dominik

Twoje prace plastyczne to także narzędzia promocji albumów czy koncertów. Nie masz menedżera ani bookera, działasz na własną rękę. Dlatego oprócz wymyślania zespołów, pisania muzyki i organizowania tras zajmujesz się także komunikacją z publicznością. Jak podchodzisz do tych autopromocyjnych aktywności?

Myślę, że robię jakieś niezbędne minimum. Jak jest zespół, musi być zdjęcie. Jak jest trasa, musi być plakat. To są takie rzeczy, które wypada robić, aczkolwiek niestety nie mam aspiracji ani umiejętności, by w tej promocji rozpychać się łokciami. Chciałbym, żeby jak najwięcej osób słuchało mojej muzyki, ale nie jest łatwo zachęcać ludzi do tak niszowej twórczości. A nie dopuszczam żadnych twórczych kompromisów, które mogłyby sprawić, żeby słuchaczy było dużo więcej.

Mówisz, że twoja twórczość jest niszowa. Ale czy nie wydaje ci się, że takie składy jak Cześćtet i Alfons Slik mogłyby sprawdzić się nawet na festiwalach typu Męskie Granie czy Open’er? Mam wrażenie, że tak wielobarwna muzyka – oferująca zarówno zabawę, jak i powagę czy rockowe uderzenie – byłaby w stanie skomunikować się z tamtą publicznością.

Totalnie się zgadzam! Myślę, że wymienione przez ciebie zespoły, a także wiele innych, spokojnie mogłyby tam trafić. W ogóle uważam, że większość muzyki ma potencjał, żeby być słuchaną przez liczniejszą grupę odbiorców. Jednym z problemów jest brak bardziej różnorodnej muzyki w mediach, w wyniku czego następuje sprzężenie zwrotne: skoro duże rozgłośnie puszczają pop, który ludzie teoretycznie lubią, to potem zespoły, które powstają, grają tak samo, żeby trafić do radia. Mam też wrażenie, że wielu organizatorów koncertów tkwi w przyzwyczajeniach, które nie pozwalają im na odważniejsze programowanie. W efekcie w Polsce alternatywą nazywa się rzeczy, które moim zdaniem są bardzo mainstreamowe. Zbyt rzadko wyciąga się na światło dzienne twórczość eksperymentalną.

Ale pewnie z satysfakcją myślisz o nadchodzących koncertach Cześćtetu na dużych festiwalach jazzowych. W październiku zagracie między innymi na Jazz Jamboree i Jazz Jantarze.

Bardzo się cieszę na te koncerty. Zauważ jednak, że z Cześćtetem – czyli zespołem, który nie jest za bardzo jazzowy – występujemy najczęściej na wydarzeniach ze słowem „jazz” w nazwie. Trudno zaś przebić się do programów imprez, które chcą uchodzić za alternatywne.

Alternatywy nie brakuje z kolei na znakomitym festiwalu Idealistic, który siedem lat temu założyłeś z Kamilem Piotrowiczem. Od ubiegłego roku nie współorganizujesz już tej imprezy.

Niestety musiałem podjąć tę decyzję, bo nie mam już czasu i siły na taką organizację. Z Kamilem zawsze chcieliśmy zapewnić artystom i artystkom jakieś podstawowe warunki finansowe, a żeby coś każdemu zapłacić, wymaga to właściwie całorocznej pracy. Jak się kończy jedna edycja, już się myśli, co dalej. Pisanie wniosków i inne obowiązki to bardzo niewdzięczna praca, za którą – swoją drogą – nigdy nie udało nam się otrzymać wynagrodzenia jakkolwiek bliskiego adekwatności. Oczywiście fajnie jest organizować koncerty – zwłaszcza w sytuacji, gdy brakuje przestrzeni dla pewnego typu twórczości. Musiałem sobie jednak odpowiedzieć na pytanie: czy chcę być muzykiem, czy organizatorem koncertów?

O tym, że wybrałeś tę pierwszą odpowiedź, przekonamy się także na nadchodzącej, gdańskiej edycji Idealistika. Zagrasz 25 września w triu z Michałem Janem Ciesielskim i Signe Emmeluth.

Cieszy mnie ten powrót na Idealistic na zaproszenie Kamila, tym razem w roli muzyka. Parę chwil temu rozmawialiśmy o kwestiach promocji. Kamil i ja stworzyliśmy ten festiwal między innymi po to, by prezentować twórczość osób, które robią genialne rzeczy, ale w ogóle nie mają głowy do promowania siebie. Takim muzykiem jest na przykład kontrabasista Asger Thomsen, którego zaprosiliśmy na edycję warszawską w 2023 roku. To radykalny gość, który po prostu robi swoje. Wystąpił solo w Spatifie. Przed nim grał mocny, rockowy zespół Svin, a potem popowa Artificialice. Byłem przekonany, że podczas występu Asgera ludzie raczej pójdą po piwo, ale jego koncertu słuchało chyba najwięcej osób! I jak generował te zgrzyty smyczkiem, ludzie krzyczeli z ekscytacji. To było niesamowite. O takie rzeczy na Idealistiku chodzi.

Zobacz też

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Najnowsze wpisy

Pełne archiwum