Piątka na piątek
Tomasz Chyła Quintet It's Not a Fake, It's a Replica
Można by życzyć każdemu zespołowi takiej siły przetrwania, jaką ma kwintet Tomasza Chyły. Pod tym szyldem skrzypek działa od 2013 roku. W międzyczasie doszło do kilku zmian w składzie, znacząco ewoluowały także idee muzyczne grupy. Rozmaite turbulencje, których efektem był np. album „da Vinci” (2021), wydają się odległym wspomnieniem. Na kolejnej płycie „Music We Like To Dance To” (2023), gdzie kwintet przekonująco wrócił do jazzrockowej spontaniczności i surowego brzmienia. Album tegoroczny to następny, jeszcze bardziej udany krok w tę samą stronę. Ich drogę wytyczają między innymi takie inspiracje: King Crimson, Mahavishnu Orchestra, a także riffowo-motywicze oblicze Fire! Orchestra (z którą Chyła z powodzeniem wystąpił gościnnie rok temu na festiwalu Jazz Jantar).
Wbrew prowokacyjnemu tytułowi muzyka kwintetu nie jest repliką twórczości żadnej z wymienionych grup. Zespół Chyły nie kryje fascynacji jazzem fusion czy rockiem progresywnym, ale ma własną wyrazistą tożsamość. Na płaszczyźnie siedmiu kompozycji – nieraz porywających – zespół Chyły umiejętnie łączy rockową werwę, przebojowość oraz monumentalizm z delikatnością i melancholią. Potrafią cierpliwie zbudować napięcie, z pełną mocą uderzyć, ale wiedzą też, kiedy zawiesić albo uspokoić akcję – dotyczy to zarówno pojedynczych utworów, jak i albumu jako całości. Na gruncie owych narracji świetnie sprawdzają się rozmaite zabiegi aranżacyjne i artykulacyjne. Mam na myśli np. eksponowanie kontrastu między ostrością gitary Krzysztofa Hadrycha a urokliwymi współbrzmieniami skrzypiec Chyły i trąbki Emila Miszka – choć oni także pokazują, że chropowate, kąśliwe wypowiedzi nie są im obce. W takim pejzażu stosowne miejsce mają precyzyjna gra Konrada Żołnierka na basie elektrycznym oraz gęsta od barw, muzykalna, daleka od efekciarstwa praca Sławka Koryzny na perkusji.
Skład
Emil Miszk – trąbka
Krzysztof Hadrych – gitara
Konrad Żołnierek – bas elektryczny
Sławek Koryzno – perkusja, kongi
Kiri Ra! nen
Rzadko można trafić na tak adekwatny, a przy tym skromny odautorski komentarz na temat albumu. Laura Naukkarinen, Linda Fredriksson i Matti Bye napisały tam między innymi: „Ta muzyka do niczego nie pretenduje. Powstało coś, czego nie zaplanowałyśmy. Nie miałyśmy żadnego azymutu. Nie spieszyłyśmy się”. Takie podejście faktycznie przełożyło się na bezpretensjonalne, niespieszne, pełne delikatności dźwięki, zawieszone gdzieś między muzyką medytacyjną, ambientem a spiritual jazzem. Subtelne tony fortepianu opalizują, melodie grane na flecie czy balafonie emanują ciepłem, pasaże wibrafonu otulają.
Czy zatem można by ten album umieścić w instagramowej rolce zatytułowanej na przykład: „5 relaksujących płyt, przy których najmilej zjesz cynamonkę”? Niby tak, ale osobom tworzącym trio Kiri Ra! z reguły udaje się uniknąć muzycznego banału. Gdzieniegdzie natykamy się bowiem na fakturę dźwięku daleką od przystępnego piękna, a rejestracja brzmi nieraz tak, jakby mogła odbywać się w prywatnych przestrzeniach, dalekich od sterylności studia. Nie wszystkie utwory mnie przekonują – czasem wkrada się trochę za dużo pasywności albo słodyczy. Największe wrażenie robi zaś ośmiominutowe „omewhere”, które – po zbyt bezpośrednim początku – kieruje w stronę bardzo intrygujących, nieoczywistych emocji. Takich momentów na „nen” nie brakuje, więc warto tę płytę potraktować nie tylko jako tło dla innych czynności.
Skład
Linda Fredriksson – saksofon tenorowy, fortepian, wurlitzer, instrumenty zabawkowe, balafon, mandolina, syntezator
Matti Bye – fortepian, live electronics, syntezatory, balafon, wibrafon, wurlitzer
Myra Melfords / Satoko Fujii Katarahi
„Gdy gram z Myrą, zawsze czuję, że rozmawiam z moją bliską przyjaciółką”. Takimi słowami Satoko Fujii tłumaczyła swoją sugestię, by jej duet z Myrą Melford zatytułować „Katarahi”. Po japońsku słowo to oznacza właśnie serdeczną rozmową między zaufanymi osobami. Muzyczny dialog, który trafił na tę płytę, odbył się podczas koncertu w austriackim Leibnitz 27 września 2024 roku. Z kolei dokładnie tydzień wcześniej Fujii i Melford zagrały w na gdańskim Jazz Jantarze, co było ich pierwszym spotkaniem po pięciu latach. Miałem okazję słuchać tamtego występu w Polsce, który zapamiętałem między innymi dlatego, że po ostrożnym, powściągliwym początku pianistki zamieniły się fortepianami, po czym muzyka stała się znacznie ciekawsza i bardziej ekspresyjna.
Z opisu albumu wynika, że w Leibnitz artystki powtórzyły ten zabieg – wydarzyło się to najpewniej w kompozycji „Kaiwa” (po japońsku: „rozmowa”). Ich występ był oparty o szkice utworów autorstwa obu artystek. Zdecydowały się na rozpostarcie szerokiego wachlarza inspiracji i metod działania: od impresjonistycznych, pełnych odechu harmonijnych fraz, przez przeróżne przejawy muzycznego kontrastu, po dobiegające z obu fortepianów potoki improwizowanych, huraganowych dźwięków. Ich dialog nie boi się konfliktu, rozstania, objęcia całkiem odmiennych kierunków. Fujii i Melford nie szukają bliskości na siłę i to szczególnie podoba mi się w ich interakcji. Takie momenty wprawdzie następują, ale nieraz wydają się też (celowo) sugerowane albo pozorowane. „Katarahi” jest więc zapisem rozmowy niełatwej, gdzie wybrzmiewają dwie silne indywidualności, a każda ze stron asertywnie korzysta z przestrzeni.
Skład
Satoko Fujii – fortepian
Grzegorz Pałka / Mateusz Pałka / Szymon Mika feat. Dayna Stephens Heartbeats
Grzegorza Pałki z pewnością nie trzeba specjalnie przedstawiać. Tak, to właśnie ten perkusista, który swego czasu współtworzył High Definition Quartet czy kwintet Natalii Kordiak. Od lat jest także członkiem choćby kwartetu Sławka Pezdy albo triów Mateusza Gawędy czy Pawła Kaczmarczyka. Zdążył wyrobić sobie markę jako ważne ogniwo między innymi tych jazzowych zespołów, a teraz możemy się przekonać, jak radzi sobie jako lider. W takiej roli debiutuje na albumie „Heartbeats”, który stanowi owoc sześcioletniej pracy nad repertuarem i metodami interakcji z Mateuszem Pałką i Szymonem Miką. Jednym z ich założeń jest brak instrumentu basowego, którego rozmaitych ekwiwalentów trio szuka: np. za sprawą niższego strojenia perkusji lub efektów gitarowych.
A efekty muzyczne? To pełen dystynkcji, kunsztownie wykonany jazz środka. Twórczość składu przywodzi na myśl dokonania zespołów, gdzie prym wiedli Pat Metheny i Lyle Mays albo Mike Moreno i Aaron Parks. Pod przyjazną, melodyjną woalką dzieje się wiele ciekawego: podoba mi się zwłaszcza gęstość interakcji tria i skłonność do zmian metrum. Pod względem kompozytorskim wyróżniają się utwory Miki („The Anyone” i „Clouds”) i triowe „Sketches”, nieźle wypada też demontaż „Eleanor Rigby” Beatlesów. W żadnym z nich nie występuje gość z USA – tenorzysta Dayna Stephens, którego słychać w czterech kompozycjach. Lider grupy chciał, by Stephens dopełnił ich brzmienie, ale to się nie sprawdziło. Jego słodki ton i mało interesujące partie ciągną ekspresję zespołu w dół. Trio Grzegorza Pałki to na tyle jakościowy jazzowy skład, że spadochroniarz z saksofonem nie jest im do niczego potrzebny.
Skład
Mateusz Pałka – fortepian
Szymon Mika – gitara, efekty
Dayna Stephens – saksofon tenorowy (2, 4, 5, 9)
Ensō Rhizoming
Komentując niniejszy album, wypada zacząć od paru zdań na temat dwóch terminów, które mu towarzyszą. Chodzi o japońskie słowo „ensō”, które posłużyło jako nazwa tria, oraz wykorzystane w tytule płyty pojęcie „rhizome”. Buddyjska praktyka „ensō” oznacza namalowanie koła jednym ruchem pędzla, w czym wyrażać się ma czystość umysłu, oświecenie i jedność ze światem. Z kolei „rhizome” (dosłownie: „kłącze”) to koncept francuskich filozofów Gilles’a Deleuze’a i Felixa Guattariego, który odnosi się do niehierarchicznej, różnorodnej struktury, gdzie każdy element może połączyć się z innym. Już po takich opisach – choć stanowczo zbyt krótkich i powierzchownych – należy przyznać, że pojęcia te działają na wyobraźnię w kontekście metafizyki improwizacji.
Muzyka zawarta na „Rhizoming” nie blednie przy pojęciowej ramie, w której ją ulokowano. To pełna uważności rozmowa trzech wyrazistych, akustycznych głosów, gdzie figuratywna, nieraz klasycyzująca wręcz gitara o impresjonistycznych ciągotach (Benjamin Dwyer) spotyka się z bulgocząco-szemrzącą gitarą basową (Rafał Mazur) i wielojęzyczną, rozbieganą perkusją (Ramón López). 43-minutowa improwizacja przebiega od pełnej oddechu badawczości, przez momenty wzmożenia, migotliwe faktury, majaczące pulsacje, sekwencje quasidronowe, pełne niepokoju preparacje i tchnące paranoją ataki, aż po pesymistyczne zakończenie. Charakter każdego z epizodów jest sugestywny: trudno podważyć wspólnotę intencji ich działań. Są w owym twórczym porozumieniu wiarygodni, co osiągają bez dosłownego kopiowania się wzajemnie. Mnożą przy tym techniki artykulacji, co przydaje ich muzyce witalności.
Dodatkowym walorem albumu jest jakość rejestracji. Słuchając improwizacji tria, można poczuć się jak osoba siedząca między muzykami, na środku sceny w krakowskiej Alchemii. Dźwięk jest blisko, a dynamika i brzmienia wypadają autentycznie.
Skład
Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa
Ramón López – perkusja, tabla
Komentarze