ImproSpot

Wędrówka razem

„Współpraca zamiast rywalizacji” – takie hasło przyświeca Mai Biesek, Annie Jopek i Irce Zapolskiej, które założyły właśnie kolektyw twórczy Blenda. Trudno wymarzyć sobie lepszy start takiej inicjatywy niż potrójna premiera, która wydarzyła się na jednej z najważniejszych jazzowych scen w Polsce
„Współpraca zamiast rywalizacji” – takie hasło przyświeca Mai Biesek, Annie Jopek i Irce Zapolskiej, które założyły właśnie kolektyw twórczy Blenda. Trudno wymarzyć sobie lepszy start takiej inicjatywy niż potrójna premiera, która wydarzyła się na jednej z najważniejszych jazzowych scen w Polsce
Anna Jopek Sekstet, Irka Zapolska Quartet, Maja Biesek Quintet
Maciej Krawiec
Klub Żak, Gdańsk
4.09.2026
Anna Jopek Sekstet, Irka Zapolska Quartet, Maja Biesek Quintet
Klub Żak, Gdańsk
4.09.2026
Maciej Krawiec

„Premiera”. Oto słowo, którego najbardziej łaknie większość klubów i festiwali muzycznych. Można więc powiedzieć, że ostatnio gdański Żak rozbił bank. Na początku września doszło tam bowiem nie do jednej premiery, ani nawet nie do dwóch, lecz aż trzech. I choć daleko mi do fetyszyzowania premierowych trofeów, muszę przyznać, że podczas tego wieczoru specjalnego udało się połączyć odświętność z muzyczną jakością.

Trójmiejska widownia jest przyzwyczajona do koncertowych dyptyków i tryptyków, które powstawały i powstają w głowach osób kuratorskich z klubu Żak. Tym razem jednak pomysł na taki właśnie wieczór nie narodził się tam, lecz był inicjatywą trzech artystek: gitarzystki Mai Biesek, pianistki Anny Jopek i wokalistki Irki Zapolskiej. Ma to związek z założonym przez nie kolektywem Blenda, który jest platformą ich współdziałania. W tekście, którym inaugurowały swoje przedsięwzięcie miesiąc temu, pisały między innymi: „Tworzymy wspólne zaplecze dla autorskich projektów muzycznych i inicjujemy wydarzenia, warsztaty oraz działania artystyczne. (…) Blenda powstała z potrzeby współpracy zamiast rywalizacji”. Klub Żak również okazał się chętny do współpracy, dzięki czemu już na początku września można było poczuć się tak, jakby jesienny festiwal Jazz Jantar – flagowa impreza tej gdańskiej instytucji – ruszył wcześniej niż zwykle. W innym fragmencie cytowanego tekstu pada zdanie: „Każda z nas tworzy po swojemu”. O ile da się odnaleźć wspólne punkty między muzyką każdego z trzech zespołów, o tyle faktycznie ich propozycje były do tego stopnia różne, że całego wieczoru słuchało się z zainteresowaniem.

Plakat zapowiadający koncerty zespołów Anny Jopek, Irki Zapolskiej i Mai Biesek. Projekt: Edyta Krzyżanowska

Jako pierwsza wystąpiła Jopek ze swoim nowym składem. Zaprosiła do niego wokalistkę Natalię Kordiak, flecistkę Maję Miro i perkusistę Jakuba Długoborskiego, a w kilku utworach gra jeszcze Weronika Dobek na altówce oraz Michalina Sokołowska na wiolonczeli. De facto jest to więc kwartet z gościnnym udziałem dwóch artystek, choć na plakacie widniało słowo „sekstet”. Podczas gdańskiego koncertu zespół wykonał muzykę ze świeżo wydanego albumu „The End and the Beginning”, który jest drugą autorską płytą Jopek. Dobrze pamiętam jej udany debiut „Insight” z 2022 roku, gdzie jej głównym partnerem był znakomity Jakub Klemensiewicz na saksofonie sopranowym. Prezentowali tam subtelne, impresjonistyczne motywy, nieraz tajemnicze, pełne przestrzeni, ciepła i uroku. Nowy album nagrany został w szerszym składzie, ale też – jak sądzę – z aspiracją do opowiedzenia spójnej, szczerej, osobistej historii. W trakcie koncertu Jopek mówiła, że „The End and the Beginning” to płyta o „wybaczaniu samemu sobie i akceptacji siebie”. Znalazły się tam zresztą wypowiadane drżącym głosem przez artystkę słowa, gdzie zwierza się z trudnych emocji. Z tych inspiracji zrodził się album, który zarówno świeci światłem liryzmu i przyjaznej urody, jak i tchnie niepewnością, zagubieniem. Słuchając „The End…”, trudno nie myśleć o jego swoistej filmowości: niektóre melodie są jak motywy sygnalizujące daną postać, inne wydają się towarzyszyć wyobrażonej wędrówce bądź chwilowemu zawieszeniu akcji. Z kolei gdy w finale albumu wybrzmiewa ten sam motyw, co na początku – tyle że w innej aranżacji – możemy odczuć, że przebyliśmy tę wędrówkę razem z zespołem i że jakaś przemiana staje się także naszym udziałem.

Propozycja Jopek jest więc komunikatywna i przystępna, czasami lekko przesłodzona (np. w utworze „Początek”). Na szczęście jednak jej zamiłowanie do piękna melodii i liryzmu nie łączy się ze skłonnością do epatowania techniką i minoderii solowej. Jopek szanuje pisane przez siebie tematy: nie przewraca ich na drugą stronę ani nie traktuje jako pretekst do własnych popisów. Jej prostolinijność chroni tę muzykę od banału czy kiczu, w stronę których mogliby ją skierować bardziej narcystyczni liderzy bądź liderki. Kolejnym atutem „The End…” – obok sugestywnej narracyjności, szczerości emocji i pianistycznego wyczucia liderki – jest złożoność nieoczywistej ekspresji Mai Miro i Natalii Kordiak. Przydają one tej muzyce chropowatości, niepokoju oraz brudu. Dzięki nim staje się ona w jakimś stopniu nieprzewidywalna. Z jednej strony odpowiada to intencjom płyty, a z drugiej – sprawia, że utwory są po prostu bardziej interesujące.

Maja Miro i Anna Jopek (Anna Jopek Sekstet). Fot. Jan Rusek
Natalia Kordiak i Jakub Długoborski (Anna Jopek Sekstet). Fot. Jan Rusek

Słuchając ich na żywo, dało się odczuć większość wymienionych walorów. Jest to spójna i przemyślana muzyka, z konsekwencją prowadzona przez Jopek, a ponadto interpretowana przez ciekawie skomponowany zespół. Znalazło się jeszcze więcej miejsca na improwizacje – nie tylko w wykonaniu Miro i Kordiak, ale też na przykład w ramach interakcji wokalu z perkusją albo dyskusji całego składu. O ile jednak, gdy słucha się albumu, myśl narracyjna jest jasna i odczuwalna, o tyle w trakcie występu pojawiło się kilka kłopotliwych czynników. W odbiorze tego rodzaju opowieści duże znaczenie ma płynne przechodzenie z jednej kompozycji do drugiej. Tymczasem na koncercie ów timing był zaburzony przez zbyt długie przerwy między utworami. Zgrzytem okazało się także wykorzystanie – w celu uzyskania harmonii z wokalem oraz fletem – zarejestrowanych wcześniej dodatkowych partii. Główny problem dotyczył jednak realizacji dźwięku, którą zajął się akustyk nie pracujący na co dzień w klubie Żak. Nie panował nad tym, co dobiegało ze sceny, przez co regularnie słychać było sprzężenia. Przeszkadzały one w odbiorze tej misternej brzmieniowej układanki.

Muzyka Jopek ma wiele walorów. Jest spójna i przemyślana, z konsekwencją prowadzona przez liderkę, a ponadto interpretowana przez ciekawie skomponowany zespół

Jako drugi zagrał zespół Irki Zapolskiej. Była to premiera innego rodzaju: płyta „The Song of A Jubjub”, z której pochodziła wykonana muzyka, ukazała się prawie rok temu jako CD, ale dopiero teraz przybrała formę winyla. Do tej pory grupa nie prezentowała jej także na żywo w Trójmieście (ani prawie nigdzie indziej: kwartet wystąpił z tym repertuarem tylko raz, w Suwałkach, parę miesięcy temu). Inspirację literacką na albumie stanowił poemat purnonsensowy Lewisa Carrolla „Wyprawa na żmirłacza”. Jego fragmenty zostały wplecione w niemal całkowicie wyimprowizowaną mieszankę wokalno-instrumentalną, którą wraz z Zapolską kreują Franciszek Raczkowski na fortepianie, Filip Arasimowicz na kontrabasie i Bartosz Szablowski na perkusji. Kilka miesięcy temu pisałem o ich muzykowaniu na tej płycie między innymi tak: „Są uważni, cenią urodę dźwięku, chętnie tworzą okoliczności tajemnicze i ulotne. (…) Nieźle poznajemy ich zawadiackie, ekstrawertyczne, elastyczne stylistycznie oblicze. Głos Zapolskiej także interesuje: słyszę w nim teatralność Cécile McLorin Salvant, chłód Patricii Barber i delikatność Anny Gadt”.

W trakcie koncertu wokalistka sięgała raz za razem do tekstu Carrolla. Na pierwszym miejscu stała jednak swobodna interakcja, która w wykonaniu całego kwartetu wypada przeciekawie. Zapolska dała sobie i partnerom bardzo dużo przestrzeni, by muzykować bez skrępowania. Zespół owocnie wykorzystał tę wolność: jego bycie free wiodło od krótkich fraz kontrabasu, błądzących i eterycznych wokaliz, pojedynczych akcentów perkusji i wysmakowanych akordów fortepianu, poprzez sploty ich głosów o nieoczywistym przebiegu, aż po huraganową ekspresję. Duże wrażenie robiło stężenie urozmaiconej muzycznej treści i wielość pomysłów, choć nie dało się odczuć zmęczenia ich nadmiarem. W różnych momentach bowiem część zespołu milczała, nasłuchując, co dzieje się w innym miejscu sceny. Interakcja kwartetu nie była natarczywa, cechowała ją cierpliwość i skupienie. W jej trakcie co chwila następowały mądre, czasem zaczepne, drobne gesty oraz wyczekane ruchy, które prowadziły w przeróżne strony. Oscylowali między niespiesznym badaniem dźwięku a witalnymi eskapadami, w które mogła udać się zarówno tylko jedna osoba, jak i cały zespół.

Swobodna interakcja w wykonaniu kwartetu Zapolskiej wypada przeciekawie. Duże wrażenie robi stężenie urozmaiconej muzycznej treści i wielość pomysłów

Ponadto ich gra miała w sobie całe mnóstwo artykulacyjnej jakości. Trudno było nie zachwycić się na przykład ruchliwością i witalnością śpiewu Zapolskiej, która zręcznie mieszała literackie cytaty z abstrakcyjnymi melodiami. Uwagę zwracały również precyzja oraz wyrazistość pracy Arasimowicza (w tym piękne pasaże arco), a także kunszt współbrzmień fortepianu pod palcami Raczkowskiego i jego oszczędne, nieraz zaskakujące mikronarracje. W grze Szablowskiego podobały mi się zwłaszcza barwy, które wydobywał z talerzy perkusyjnych, i różne, nieco przekorne, rytmiczne interwencje.

Na finał wieczoru wystąpił kwintet gitarzystki Mai Biesek, który premierowo prezentował kompozycje z płytowego debiutu „Shadow Lullabies”. Jest to muzyka, którą pewnie można by usytuować gdzieś między jazzem fusion a rockiem progresywnym z elementami swobodnej improwizacji. Mniejsza jednak o etykiety, gdyż nie brakuje w utworach Biesek zabiegów, dzięki którym określone idiomy nabierają intrygujących, świeżych barw. Przede wszystkim zwróciłbym uwagę na kompozycje. Są dość długie, trwają od sześciu do ośmiu minut, i choć Biesek jest przywiązana do podziału na temat i solówki, to zwykle w obrębie jednego utworu zestawia szereg rozmaitych nastrojów.

Słychać to na przykład w drugim na płycie „Pora umierać”. Kąśliwy i groźny jazzrockowy temat, który otwiera tę kompozycję, przechodzi w impulsywną, kolektywną improwizację. Wkrótce wyłania się jakby odrealniona, niespieszna melodia – przepiękna, ale też niepokojąca. Po niej następuje rodzaj swobodnej interakcji zespołowej, która intryguje ornamentyką. Można by ją skojarzyć z atmosferą i brzmieniami kwartetu Anouara Brahema, gdzie – tak jak u Biesek – słychać klarnet basowy. Utwór kończy się powrotnym natarciem motywów, od których kompozycja się rozpoczęła. „Beast from the East” to również katalog świetnych pomysłów. Od posępnej, leniwie kroczącej introdukcji granej smyczkiem na kontrabasie, idziemy w stronę lamentacyjnego zawodzenia kontrabasu i klarnetu basowego. Ten ostatni nagle inicjuje ożywienie: wybrzmiewa niespodziewany motyw trochę z innego świata, który przenosi do zespołowego, rockowego groove’u. Biesek wykonuje wtedy dobre, dramatyczne solo. Czy to nadal nowa płyta kwintetu jazzowego, czy może nieopublikowane nagranie grupy Anathema?

Filip Arasimowicz, Irka Zapolska i Bartosz Szablowski (Irka Zapolska Quartet). Fot. Jan Rusek
Maja Biesek, Adam Pachla i Tomasz Klepczyński (Maja Biesek Quintet). Fot. Jan Rusek

Obok jakości większości utworów, które trafiły na album, nie sposób nie zwrócić uwagi na niebanalny sound zespołu. Obok gitary, klarnetu basowego (Tomasz Klepczyński), kontrabasu (Adam Pachla) i perkusji (Nikodem Wojtkiewicz) są tam jeszcze m.in. organy Hammonda (Jan Jarecki). Biesek umiejętnie wykorzystuje te brzmienia, aranżując najczęściej dość mroczny, złowieszczy anturaż dla swoich kompozycji.

Podczas premierowego koncertu nie słuchaliśmy utworów w takim układzie jak na albumie, ale ogólny obraz muzyki był podobny. Występ rozpoczął się od dość zachowawczego „For My Little Ones”, ale później ujawniały się kolejne cechy zespołu: ich drapieżny impet, szukanie odrębności w improwizowanym rozgardiaszu, dobra komunikacja w zakomponowanych partiach, sonorystyczna wrażliwość czy elokwencja w solówkach. Oprócz pierwszego wykonanego utworu przytrafiło się jeszcze kilka momentów, gdzie muzyka wydawała mi się realizowana zbyt bezpiecznie i była nadmiernie stonowana. Mimo to należy wskazać kwintet Mai Biesek jako bardzo interesujący skład, o którego możliwościach będziemy się pewnie jeszcze nie raz przekonywać.

Dotyczy to zresztą każdego z zespołów, który tamtego wieczoru wystąpił na scenie klubu Żak. Mam nadzieję, że aktywność Jopek, Zapolskiej i Biesek w ramach kolektywu Blenda przyniesie im jak najwięcej okazji do tak udanych spotkań z publicznością.

Zobacz też

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Najnowsze wpisy

Pełne archiwum