ImproSpot

Uwaga! Festiwal w przebudowie!

W 2025 na Jazz Jantarze pojawiło się sporo nowych pomysłów i zmian koncepcyjnych. Program skondensowano, przez co wydarzeń było mniej, ale stały się bardziej różnorodne. Jak wygląda bilans tych zmian? Które koncerty wypadły najlepiej, a co nie wypaliło?
W 2025 na Jazz Jantarze pojawiło się sporo nowych pomysłów i zmian koncepcyjnych. Program skondensowano, przez co wydarzeń było mniej, ale stały się bardziej różnorodne. Jak wygląda bilans tych zmian? Które koncerty wypadły najlepiej, a co nie wypaliło?
28. Jazz Jantar – wiosna i jesień
Maciej Krawiec
Klub Żak, Gdańsk
26-30.03 i 22-26.10.2025
28. Jazz Jantar – wiosna i jesień
Klub Żak, Gdańsk
26-30.03 i 22-26.10.2025
Maciej Krawiec

„Trzeba cierpieć, by być pięknym”. Z jakiegoś powodu zapamiętałem to zdanie, które w 2005 roku zobaczyłem na remontowanym paryskim dworcu. Pewnie dlatego, że podobnych komunikatów, zachęcających do spokojnego przyjmowania tymczasowych uciążliwości, wtedy w Polsce nie było. Dziś już jesteśmy przyzwyczajeni do haseł typu „Zmieniamy się dla ciebie”, „Prosimy o cierpliwość” albo „Dziękujemy za wyrozumiałość”.

Gdy odwiedzałem w ubiegłym roku dwie główne edycje festiwalu Jazz Jantar – wiosenną i jesienną – nigdzie podobnych haseł nie dostrzegłem. Czy powinny były się tam znaleźć? Coś nie działało? Zawiodło nagłośnienie? W barze zabrakło piwa? Nic z tych rzeczy. Pod względem technicznym i logistycznym wszystko – jak zwykle w klubie Żak – działało jak trzeba. Pojawiło się jednak sporo nowych pomysłów i zmian koncepcyjnych na festiwalu.

Takie okoliczności wynikają z nowej obsady głównego grona decyzyjnego. Od jesieni 2024 klub ma nową dyrektorkę Ewę Chudecką, a za programowanie wszystkich ubiegłorocznych koncertów na Jazz Jantarze po raz pierwszy od dawna odpowiadała tylko jedna osoba: Jarosław Kowal, który dotychczas był członkiem grupy kuratorów. W różnych materiałach na temat festiwalu te zmiany komunikowano: mówiono i pisano o „odświeżonej formule”, „wzmocnieniu poczucia uczestnictwa”, „odbiorze muzyki w inny sposób”. W efekcie postawiono na dwie intensywne, pięciodniowe edycje wiosną i jesienią, do czego pod koniec roku, trochę niespodziewanie, dodano jeszcze skromniejszą odsłonę dwudniową w grudniu. Różnica polega na tym, że dotychczas pojedyncze edycje nieraz rozciągały się nawet na cztery tygodnie.

Program skondensowano, przez co wydarzeń było mniej, ale stały się bardziej różnorodne. Festiwal nawiązał współpracę z Akademią Muzyczną w Gdańsku, w ramach której dwie saksofonistki – Zoh Amba (wiosną) i Ada Rave (jesienią) – prowadziły warsztaty z osobami studenckimi i zagrały z nimi koncert. Ponadto występy odbywały się w paru nowych przestrzeniach w Żaku: nie tylko w Sali Suwnicowej, ale też w galerii, kinie, kuluarach i na parkingu. Pojawiły się poranne koncerty dla młodzieży szkolnej, wprowadzono moderowane dyskusje o jazzie w klubowej kawiarni. Zorganizowano wydarzenie łączące muzyczną improwizację z autentyczną sesją medytacyjną, a także performans jazzowo-taneczny. Do tego trzeba jeszcze dodać zmianę koncepcji oświetlenia podczas koncertów, nową osobę projektującą plakaty, a także coś w rodzaju dekoracji foyer… Nie sądzę więc, by ktokolwiek był zdziwiony, gdyby przy wejściu do klubu wisiał napis „Zmieniamy się dla ciebie”. Jak wypadł bilans tych działań?

Warsztaty z Zoh Ambą. Fot. Maciej Moskwa
Jakub Semeniuk i Aleksandra Konieczna (Vernacular Jantar Group). Fot. Jan Rusek

Z oczywistych przyczyn trudno mi komentować wymiar edukacyjny działań podjętych przez organizatorów i stwierdzać, na ile wartościowym doświadczeniem dla osób studenckich był czas spędzony z Zoh Ambą i Adą Rave. Formuła tych warsztatów także zresztą podlega zmianom: o ile zespół, który zagrał z Ambą, został wskazany przez uczelnię, o tyle grupa występująca z Rave parę miesięcy później była sformowana przez artystkę. Przepisu na udane zajęcia z improwizacji nie ma: znane nazwisko mistrza bądź mistrzyni może być gwarancją sporej liczby lajków pod wspólnym zdjęciem, ale niekoniecznie cennych warsztatów. Czy mimo to warto próbować? Zdecydowanie tak.

Gdy zobaczyłem w programie jesiennej edycji wspólny występ tancerek i muzyków pod nazwą Vernacular Jantar Group, a także popołudniową niedzielną medytację, moje zaciekawienie mieszało się ze sceptycyzmem. Pamiętam wydarzenia o podobnym charakterze z kilku innych festiwali i nie wspominam ich szczególnie pozytywnie. Zwykle albo brakowało staranności w przygotowaniu, albo pozornie atrakcyjna forma nie szła w parze z sensowną treścią. W kontekście takich przedsięwzięć można mieć obawy, że ich organizacja nie jest wynikiem głębszej refleksji, ale prostej myśli w rodzaju: „Zróbmy coś inaczej, niestandardowo”. W Gdańsku podobnych błędów jednak nie popełniono.

Występ taneczno-muzycznego kolektywu okazał się płaszczyzną, gdzie spotkały się emocje i kreatywność. Performans wystartował na parkingu klubu, po czym przeniósł się – przez niedostępne zazwyczaj kulisy – do Sali Suwnicowej. A najdłuższa, finałowa sekwencja odbyła się tam, gdzie zwykle zaczyna się wizyta w Żaku: we foyer. Ciekawych interakcji między tancerkami a muzykami nie brakowało, mnożyły się estetyki dźwiękowe i ruchowe, zaś wzajemne wpływanie na siebie tańca i muzyki przebiegało na różne sposoby: od manifestacji niezależności po bliski dialog. Tancerki (Natalia Filowiat, Róża Kołoda i Aleksandra Konieczna) wydawały się bardziej ekspansywne i asertywne w tych wymianach. Ich ekspresja, dramatyzm, swoboda i pewien rodzaj nonszalancji głębiej zapadły mi w pamięć.

Występ taneczno-muzycznego kolektywu był płaszczyzną, gdzie spotkały się emocje i kreatywność. Wzajemne wpływanie na siebie ruchu i dźwięków przebiegało rozmaicie: od manifestacji niezależności po bliski dialog

Znakomitym pomysłem było zorganizowanie muzyczno-werbalnej sesji medytacji w galerii klubu, na piętrze. Poprowadziły ją Zofia Netter oraz Patrycja Tempska – pierwsza prowadzi szkołę jogi w gdańskiej Oliwie, a druga jest saksofonistką związaną na przykład z zespołami Jutra i Ivo Shandor & The Gozer Worshipers. Podczas tego wydarzenia rolę krzeseł i foteli zastąpiły karimaty i koce, a nagłośnienie było zbędne. Kameralna przestrzeń galerii, ciepłe głosy prowadzących i dźwięki instrumentów stworzyły idealne warunki, by każda z osób miała szansę na skoncentrowanie się na oddechu i własnej fizyczności, a także ulokowanie myśli w przestrzeni spokojniejszej od tych, w których znajdują się na co dzień. Okazało się to faktycznie wyciszającym, przekonującym energetycznie wydarzeniem, którego niespiesznemu przebiegowi trudno było się oprzeć. Wypełniały je między innymi kojące tony harfy kryształowej oraz dzwonków tybetańskich – na nich grała Netter – a także saksofonu altowego Tempskiej. Ta artystka, przechadzając się pośród leżących z zamkniętymi oczami uczestników i uczestniczek, urodziwym i starannym tonem wygrywała ewoluujące pomału frazy. Dźwięki rezonowały więc z różnych stron i w zmienny sposób, co również przyczyniało się do jeszcze większego skupienia na tym, co w danym momencie następowało.

Trudno było się oprzeć niespiesznemu przebiegowi tej autentycznej muzyczno-werbalnej medytacji

Kolejnym novum było zaproszenie muzyków do prowadzenia konferansjerki, czym dotychczas zazwyczaj zajmował się ktoś z grona kuratorskiego. Podczas wiosennej edycji obowiązki te wziął na siebie trębacz Emil Miszk, a jesienią pianista Roman Wróblewski. Jest to jeden z takich elementów tego rodzaju wydarzeń, który – gdy wykonywany jest profesjonalnie albo przynajmniej poprawnie – raczej nie trafia do pofestiwalowych omówień. Tym razem jednak trudno się do niego nie odnieść, bo na tym odcinku działy się rzeczy niesłychane. Nie mam na myśli pracy Miszka, bo wykonał ją przyzwoicie, z szacunkiem wobec zapowiadanych artystów i artystek. Nieraz podrzucał ciekawe spostrzeżenia, które wynikały z jego doświadczeń czy muzycznych sympatii. Co innego Wróblewski. Pamiętacie ten dowcip o Polaku, który otrzymał dwie kulki i jedną zepsuł, a drugą zgubił? Wróblewski był jego konferansjerskim wcieleniem. Mylił się w nazwiskach albo je zapominał, a wyrazy angielskie wymawiał jak polskie. W kolejnych dniach zachowywał się wręcz tak, jak gdyby sam ze sobą rywalizował w konkurencji o największą konferansjerską wtopę. Jedno trzeba mu oddać: walczył dzielnie!

Do repertuaru obu edycji imprezy mam mniej jednoznaczny stosunek. Jasne jest, że taki festiwal jak Jazz Jantar usiłuje zadowolić różne grupy odbiorców i odbiorczyń. Mówił zresztą o tym kurator Jarosław Kowal w wywiadzie, którego udzielił „ImproSpotowi” w październiku: „Gdy obecnie układam program sam, staram się na tyle dbać o jego różnorodność, by publiczność nie odczuła, że stoi za nim tylko jedna osoba. Ważne jest dla mnie, żeby była jakaś równowaga w tych programach. Żeby styl, który mi może być najbliższy, nie zdominował festiwalu. (…) Zależy mi, by pokazywać jak najwięcej różnych oblicz jazzu. Żeby pokazywać, że to słowo ma bardzo duży zakres”. Podczas obu edycji zakres był rzeczywiście ogromny, a kontrastujące ze sobą stylistyki można wymieniać i wymieniać. Czynnikiem spajającym wszystkie punkty programu miała być jakość, choć akurat trafił się jeden koncert, który nie miał z nią wiele wspólnego. Mam na myśli występ brytyjskich hochsztaplerów z zespołu Codex Serafini, którzy chcieli grać coś w rodzaju The Doors, wczesnego Off Springa i Dead Can Dance. Braki warsztatowe próbowali zakryć marnym, pseudorytualnym teatrem i prostymi efektami elektronicznymi. Występ w Gdańsku był ich pierwszym koncertem w Polsce. Oby ostatnim. A które koncerty wypadły szczególnie dobrze?

Instrumentarium wykorzystane przez Zofię Netter i Patrycję Tempską podczas prowadzenia medytacji. Fot. Maciej Krawiec
Codex Serafini. Fot. Łukasz Głowała

Rewelacyjnie zagrał kwartet Being & Becoming Petera Evansa. Liderowi towarzyszyli Joel Ross na wibrafonie, Nick Jozwiak na kontrabasie oraz Jim Black na perkusji i elektronice. Można śmiało stwierdzić, że jest to zespół muzycznych kaskaderów, pędzących na złamanie karku w każdym możliwym kierunku: zwracają się ku free, fusion, hip-hopowi, drum’n’bassowi, ambientowi, minimal music, ale też pełnemu dystynkcji jazzowi… Kursują między rozimprowizowanym huraganem a melodyjną czułością, zahaczają o muskularny trans bądź sonorystyczny amorfizm. To elastyczna, sprężysta grupa, która nieustannie zaskakuje, co w wydaniu koncertowym robi wrażenie kolosalne.

Z bardzo dobrej strony pokazał się zespół Tentno, czyli Krzysztof Hadrych (gitara), Szymon Zalewski (kontrabas), Alan Kapołka (perkusja) i Marta Prabucka (wizualizacje). Ich muzyka to wykoncypowane połączenie math rocka, jazzu fusion i noise’u, pełne zapętlonych motywów, skoków dynamicznych oraz kontrastów. Przestrzeni na partie solowe i interakcje w grupie nie brakuje, ale narracja jest z góry określona i wiąże się ściśle z tym, co prezentują wizualizacje Prabuckiej. Ich treść to – rysowana chropowatą kreską – historia o samotności, introwersji i smutku, która kończy się dramatycznie.

Ucztą dla osób, które przepadają za uważnym i bogatym artykulacyjnie improwizowaniem, był występ tria Exhaust. Tworzą je Kit Downes na fortepianie, Camila Nebbia na saksofonie tenorowym i Andrew Lisle na perkusji. Zaczęli od impulsywnego, ekstatycznego free, gdzie każdy dodawał do kolektywnej ekspresji coś interesującego. Kierowali się później w różne strony – następowały zawieszenia dyskusji, chwile uważnej obserwacji, wymiany fraz czułych bądź eleganckich. Spontanicznie decydowali się na wycieczki ku swingowi, postbopowi albo pulsacjom latin jazzu. Całość ich działań tchnęła charyzmą, mądrością zespołowej interakcji i doskonałą orientacją w rozmaitych dźwiękowych przestrzeniach.

Joel Ross, Peter Evans, Nick Jozwiak i Jim Black (Being & Becoming). Fot. Maciej Moskwa

O ile koncert Zoh Amby z osobami studenckimi nie zrobił na mnie większego wrażenia (zapamiętałem z niego głównie dobrą grę pianistki Małgorzaty Hoppe i perkusisty Alana Kapołki), o tyle jej występ solowy w galerii klubu wypadł przeciekawie. Zamiast na saksofonie tenorowym, grała głównie na gitarze i śpiewała skomponowane przez siebie, proste w formie i wyrazie emocjonalnym piosenki. Można było poczuć się jak na domówce, gdzie nieśmiała koleżanka – o której nikt nie wie, że pisze muzykę – niespodziewanie sięga po gitarę. Słuchając jej, myślałem o melancholii Radiohead, balladach Led Zeppelin, emocjonalności Kurta Cobaina, ale wszystkie te skojarzenia należałoby przepuścić przez filtr naturalizmu i surowości, które cechują ekspresję Amby. I najważniejszy w tym kontekście wydaje się fakt, że jako prostolinijna pieśniarka przekonuje mnie o wiele bardziej aniżeli wtedy, gdy improwizuje na saksofonie.

Zoh Amba przekonuje mnie o wiele bardziej jako prostolinijna pieśniarka aniżeli wtedy, gdy improwizuje na saksofonie

Występ składu Foster / Crawford / Sullivan stanowił kolejną – po koncercie tria Exhaust – okazję, by zanurzyć się w swobodnej muzyce free wysokiej jakości. Ta grupa również stawia na skupione improwizowanie i przywiązuje wagę do artykulacyjnych detali. Jej działanie posiada jednak dodatkowy walor: eksploracja dźwięków ma w sobie wiele z laboratoryjnego eksperymentowania. Michael Foster odważnie preparuje saksofony, dzięki czemu dysponuje rozległym wachlarzem brzmień. Z kolei Webb Crawford – poza grą na banjo oraz gitarze – jest konstruktorem instrumentów, z czego najpewniej wynika techniczno-analityczny charakter jego muzykowania. Towarzyszy im ekstrawertyczny i kreatywny perkusista Joey Sullivan. Koncert tria był więc jak podróż przez krainę dźwięków rzadko słyszanych, a temperaturę spotkań z nimi podsycała freejazzowa bądź punkowa energia. Erudycja i bunt splotły się w bardzo interesującą całość.

Mocnym finałem wiosennej edycji okazał się występ niemieckiego zespołu Sinularia, w którym występują Jo Wespel (gitara i elektronika), Felix Henkelhausen (bas i elektronika) oraz Philip Dornbusch (perkusja i elektronika). Na ich utwory składają się zaawansowane polirytmiczne struktury, brawurowo komponowane tematy i wykonawcza ekwilibrystyka. Sięgają do starych wzorców jazzu elektrycznego i progresywnego rocka, mieszając je z elektroniką w rodzaju Amona Tobina czy Prodigy, doprawiając to wszystko hip-hopem, glitchem, lo-fi i elementami kiczu. Ich muzyka z jednej strony ma w sobie intelektualizm, złożoność i imponującą wirtuozerię, a z drugiej – stanowi pochwałę nieskrępowanej wyobraźni i zabawy wieloma stylami.

Zoh Amba w galerii klubu Żak. Fot. Maciej Moskwa

Jesienią wydarzeń podobnej rangi było znacznie mniej. Leitmotivem październikowej edycji – dość nieoczekiwanie – okazały się słabe koncerty młodych polskich składów. W czasach, gdy na naszej scenie jest tyle ciekawych grup, na Jazz Jantar zaproszona została powściągliwa do bólu JuMa, efekciarski kwintet fusion Hani Derej oraz rozedrgany stylistycznie i zupełnie nieprzekonujący zespół Zygmunt Pauker Trio.

Nie włączam do tego grona septetu Martyny Grzelli, który zagrał na festiwalu w wyniku współpracy Jazz Jantaru z Przeglądem Jazzowym Sax Clubu w Gdyni. Nie wrzucam też do jednego worka z trzema wymienionymi zespołami projektu Modulaire Emila Miszka. Wystąpił on ze swoim międzynarodowym kwintetem, z myślą o którym przearanżował nową muzykę – pisaną pierwotnie na 16-osobowy skład. Podczas koncertu trudno było nie docenić staranności aranżacji, wysmakowania brzmieniowego i umiejętnego sięgania po różne inspiracje. Są to zresztą walory muzyki trębacza, które znamy nie od dziś. Problemem tego występu była jednak nadmierna ostrożność. W kompozycjach działo się sporo, ale kwintetowi brakowało napędu. Wrażliwość, rozmarzenie i elegancja brały górę nad werwą, której ta muzyka potrzebowała.

Z koncertów jesiennej edycji z entuzjazmem wspominam właściwie tylko dwa. Jest wśród nich występ Mary Halvorson i jej sekstetu Amaryllis, z którym przed rokiem wydała znakomitą płytę „About Ghosts”. To kolejny dowód, że Amerykanka jest nie tylko gitarzystką o niepowtarzalnym soundzie, ale też wyjątkową liderką i kompozytorką. Z myślą o sekstecie tworzy muzykę komunikatywną i melodyjną, nawiązującą do cool jazzu, mainstreamu oraz balladowości. Kompozycje są pełne bezpretensjonalnego uroku, sporadycznie wychylają się ku awangardzie. Halvorson łączy w nich lekkość z erudycją, znakomicie operuje brzmieniami i temperamentami w zespole, a przy tym unika przekoncypowania. Wspaniale, że do Gdańska przyjechała dokładnie z tymi muzykami, z którymi nagrała „About Ghosts”: trębaczem Adamem O’Farrillem, puzonistą Jacobem Garchikiem, wibrafonistką Patricią Brennan, kontrabasistą Nickiem Dunstonem i perkusistą Tomasem Fujiwarą. Słuchanie takiego zespołu to nic innego jak wielki przywilej.

Mary Halvorson. Fot. Maciej Moskwa
Vijay Iyer i Wadada Leo Smith. Fot. Anna Rezulak

To samo należy powiedzieć o koncercie duetu pianisty Vijaya Iyera z trębaczem Wadadą Leo Smithem. Zapamiętam go na długo – podobnie jak ich wizytę parę miesięcy wcześniej w warszawskim klubie Pardon, To Tu. Program obu występów opierał się o kompozycje, które ukazały się na wydanym rok temu wspaniałym albumie „Defiant Life”. Artyści prowadzą tam namysł nad opresyjnymi działaniami rządów, a kilka utworów dedykowanych jest ofiarom walki politycznej. Ta refleksja znajduje wyraz w muzyce o konsekwentnej dramaturgii: napięcie budowane jest niespiesznie, improwizacje wpisują się w przemyślany kontekst, swoje miejsce mają sekwencje dronowe, eskapistyczna elektronika czy deformujące się frazy Rhodesa. Szczególne wrażenie robią tarcia między pulsującymi klawiszami a gorejącą od trudnych emocji trąbką. W trakcie koncertów Iyer i Smith cierpliwie zagłębiali się w ten wyjątkowy świat, opowiadając nam za pomocą dźwięków o agresji, dramatach i kruchości.

Czy w 2026 roku trwać będzie dalsza przebudowa festiwalu? Do których koncertów będziemy chętnie wracać? Daty edycji wiosennej już znamy: odbędzie się w dniach 25-29 marca. O tym, kto wystąpi, też już częściowo wiadomo, gdyż organizatorzy od paru tygodni stopniowo odsłaniają karty z kolejnymi zespołami.

Zobacz też

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Najnowsze wpisy

Pełne archiwum