Piątka na piątek

Hoshii Her Name Was Yumi
„Intencją było, żeby materiał był lekki, żeby nie był mroczny i smutny. Próbowałem oddalić się od trudnych, skomplikowanych emocji i pójść w coś lżejszego”. Takimi słowami Kuba Więcek komentował proces tworzenia nowego albumu kwartetu Hoshii. Zrobił tak, jak chciał. Zespół prezentuje wprawdzie z grubsza tę samą co na poprzedniej płycie tożsamość brzmieniową: dużo jest jaskrawej i lepkiej elektroniki, retro mgiełki i klubowych pulsacji. Więckowi nadal z rękawa wysypują się urocze, rozmarzone melodie, za którymi chce się podążać. Faktycznie jednak rozświetlił muzykę bardziej pogodnymi barwami, a także ją uprościł. Ograniczył interakcję w zespole, redukując liczbę pomysłów w utworach i partie solowe. Nawiązując do tytułu płyty, można by nazwać ją tak: „Jej imię to zaniechanie”.
Wiem, że Więcka od dawna interesują ograniczenia w muzyce. Mam też świadomość, że w ostatnich latach dużo uwagi poświęca produkcji hip-hopowej czy popowej, co wymaga działania w określonych ramach. Efekt jest jednak taki, że na „Her Name Was Yumi” jedna z bardziej utalentowanych grup w młodym polskim jazzie gra w sposób monotonny, statyczny i zadziwiająco nieciekawy (najwięcej dzieje się w partiach basu, nieraz też perkusji, ale jak na tej klasy skład to i tak niewiele). Czasami mam wręcz wrażenie, że słucham nagrania z imprezy typu „DJ z saksofonistą”. To ogromna różnica względem ich wcześniejszej płyty, gdzie było o wiele więcej życia, nieprzewidywalności i ciekawych zabiegów. Widownia niejazzowa być może jest zadowolona z takiej zmiany, ja zaś o wiele chętniej sięgam po poprzedni album.
Skład
Grzegorz Tarwid – syntezatory
Max Mucha – gitara basowa, syntezatory
Miłosz Berdzik – perkusja, dzwonki

Szczęki Zgryz
Zespół Szczęki to jeden z wielu dowodów na to, jak buzuje obecnie scena trójmiejska. Częste improwizowane sesje, mnogość koncertowych miejscówek, spotkania muzyków w różnym wieku i o różnych temperamentach – bez tych czynników nie powstałoby tam wiele ciekawych grup. Na przykład trio Szczęki, zainicjowane przez młodego basistę Jakuba Szwemina z myślą o koncercie w sopockim Teatrze Boto. Zaprosił do niego perkusistę Bartosza Borzeszkowskiego oraz Tomka Gadeckiego – saksofonistę o pokolenie starszego od pozostałej dwójki.
W innych składach eksplorują rozmaite przestrzenie: okolice post-punka i post-rocka, swobodną improwizację albo elektroakustyczne zabawy formą. W muzyce Szczęk te doświadczenia słychać, ale zostały one przesunięte daleko ku ekstremom i przysypane noise’owym gruzem. Już w pierwszych sekundach albumu na osobę słuchającą napiera ciężki mur dźwięków. Ekstremalna improwizacja Szczęk chwyta za gardło i prawie w ogóle nie wypuszcza z morderczego uścisku. Ich muzyka jest jak soundtrack z wędrówki po jakimś mrocznym labiryncie, gdzie – nie wiadomo skąd – wyłaniają się groźne kształty, wypływają ogniste potoki, mamroczą upiory. Niepokojąca aura charakteryzuje cały album, ale nie można mu odmówić różnorodności: raz prym wiedzie siejący zniszczenie, bulgoczący bas elektryczny, a innym razem – potężne bębny albo rozżarzony tenor. Czasem znajdzie się też chwila na dronowy oddech albo staromodny rockowy riff. Są w tej muzyce wiarygodne emocje, witalność i brak lęku przed tym, co skrajne. I dopóty, dopóki Szczęki nie założą partii politycznej, będę skłonny popierać ich ekstremizm.
Skład
Jakub Szwemin – gitara basowa, syntezator
Bartosz Borzeszkowski – perkusja, elektronika

Sylvie Courvoisier / Mary Halvorson Bone Bells
Niedawno odbywała się w Warszawie seria wydarzeń pod tytułem „Wizjonerki”, gdzie skupiano się na twórczości improwizatorek. I choć wystąpiło tam wiele znakomitych artystek, to mam poczucie, że osoby organizatorskie mogły wybrać mniej pretensjonalną nazwę. Co innego, gdyby chodziło o zapowiedź koncertu pianistki Sylvie Courvoisier i gitarzystki Mary Halvorson. Wtedy takie określenie byłoby uzasadnione, gdyż od lat poszerzają one pole ekspresji swoich instrumentów, odważnie badają brzmienia i formy muzykowania.
Płyta „Bone Bells” to ich trzeci album, gdzie po raz kolejny dokonują wyrafinowanej dekonstrukcji przygotowanych utworów. Nie brakuje im złożoności: można podziwiać mnogość planów i nastrojów, mieszanie się łagodności z dramatyzmem, prostoty z wirtuozerią, pokory z przekorą. Artystki swobodnie meandrują między ładem a dysonansem, przechodzą od opowieści do abstrakcji. Oddają się poważnym rozważaniom, ale nie zapominają o zabawie. Halvorson i Courvoisier – poprzez doskonałe operowanie barwami czy ucieczki od spodziewanych dźwięków – ze wszystkiego są w stanie stworzyć odrębny, pasjonujący świat. W wywiadzie sprzed premiery Courvoisier powiedziała nawet: „W takim składzie możemy wykonywać dość tandetne melodie, które przy naszym sposobie gry nie brzmią tandetnie”. Cytuję te słowa z przymrużeniem oka, ale coś w tym jednak jest: ich duetowe muzykowanie stale odznacza się błyskotliwym szukaniem, wzbogacaniem narracji i warstw brzmieniowych. W samej ich artykulacji tkwi wielkie bogactwo, zaś urozmaicona architektura utworów to (niebagatelna) wartość dodana.
Skład
Mary Halvorson – gitara elektryczna

Signe Emmeluth / Ingebrigt Håker Flaten / Axel Filip Hyperboreal Trio
Pisząc o nowym albumie, zwykle wypada napisać o idei stojącej za taką produkcją albo o kontekście, w którym narodziło się dane wydawnictwo. W przypadku tria Emmeluth / Håker Flaten / Filip i ich debiutanckiego krążka nie ma takich informacji wiele. Saksofonistka i kontrabasista współpracowali ze sobą w niejednym składzie, a z perkusistą zaczęli muzykować w 2023 roku. Udali się wtedy na krótkie tournée po Szwecji i Norwegii, po czym nagrali niniejszy album. Można jeszcze dodać, że jego tytuł nawiązuje do mitycznego ludu Hiperborejczyków, którzy mieli mieszkać na dalekiej północy w regionie, gdzie wiecznie świeci słońce…
W odniesieniu do tej akurat płyty podane informacje wydają się jednak wyjątkowo mało istotne, bo znajduje się tu muzyka, której zasadność wynika z niej samej i żadne opowieści albo programy są zbędne. Artystka i artyści proponują gęstą, aktywną, rozwibrowaną i rozpędzoną swobodną improwizację, gdzie dominują krótkie i szybkie dźwięki, nagłe reakcje, impulsywne preparacje. Najczęściej muzykują tak, jakby od stopnia zagęszczenia akcentów miało zależeć ich przetrwanie. Animuje ich imperatyw niecierpliwego działania: proponują quasi-motywy, mimochodem nawiązują do takiego bądź innego stylu, narzucają błyskawiczne zmiany kierunku w trakcie tego muzycznego drobienia. W mikroskali wydają się orędownikami lapidarności, ale przecież ich improwizacje potrafią trwać siedem bądź dwanaście minut. Przez ten czas małymi gestami, z pasją i kunsztem, dodają element do elementu, tworząc bardzo interesujące konstrukcje.
Skład
Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas
Axel Filip – perkusja

Scandinavian Art Ensemble with Tomasz Stańko The Copenhagen Session vol. 1
Ciekawe są opowieści muzyków, którzy brali udział w warsztatach z Tomaszem Stańką dekadę temu w Danii. Richard Andersson komentował współpracę tak: „Stańko sprawiał, że graliśmy lepiej niż zwykle”. Radek Wośko doceniał fakt, że nauczanie w jego wykonaniu odbywało się nie poprzez teoretyzowanie, ale w toku wspólnej gry i zachęt do zaufania intuicji. Tomasz Dąbrowski podziwiał postawę Stańki: „Napędzała go ciekawość i pragnienie przekraczania granic”. Wszyscy byli na tyle zadowoleni, że parę miesięcy po warsztatach zorganizowano trasę koncertową. Ostatni występ profesjonalnie zarejestrowano. Pierwsza część nagrania trafiła na album „The Copenhagen Session vol. 1” i wkrótce możemy spodziewać się ciągu dalszego.
Nie wątpię, że czas spędzony ze Stańką był dla artystów z Danii, Finlandii, Islandii i Polski doświadczeniem niezapomnianym. Zarejestrowana przez ów skład muzyka wydaje się jednak bladym odbiciem tamtych przeżyć. Słuchamy powściągliwego, ostrożnego jazzu głównego nurtu, o ciemnawych, melancholijnych barwach. Gdyby grupa nie była tak liczna i nie znalazły się w niej na przykład aż trzy trąbki, może wtedy udałoby się muzykom lepiej zgrać i – w efekcie – bardziej zaryzykować. Mamy tymczasem do czynienia z albumem nierównym, zwykle skupionym na konwencjonalnej, kompetentnej jazzowej pracy, z paroma raptem epizodami naprawdę wartymi uwagi. Mam na myśli choćby duet Stańki z wibrafonistą Martinem Fabriciusem w „Before The Rain” albo szorstkie solo Dąbrowskiego w „Dark Eyes of Martha Hirsch”. O wiele ciekawiej wypadają inne archiwalia z udziałem Stańki, wydane w ostatnich latach: dwie płyty z katalogu Fundacji Słuchaj oraz ta, która ukazała się w wytwórni ECM.
Skład
Tomasz Dąbrowski – trąbka
Snorri Sigurðarson – trąbka
Thomas Hass – saksofon tenorowy
Martin Fabricius – wibrafon
Artur Tuźnik – fortepian
Richard Andersson – kontrabas
Radek Wośko – perkusja
Tomasz Stańko – trąbka
Komentarze