ImproSpot

Piątka na piątek

Maciej Krawiec
Maciej Krawiec
recenzja
Maciej Krawiec
U Jazz Me
11.01.2026
42'

Ben Bekele
Zawsze coś

Ben Bekele jest dyrektorem zarządzającym w amerykańskiej firmie informatycznej Cisco. Czy ma świadomość, że w Polsce od niedawna działa zespół nazywający się tak samo? Możliwe, że byłby jego entuzjastą: wizytówka Bekelego w serwisie X informuje, że „kocha dobre espresso i jazz”. Czy taka nazwa zespołu Huberta Zemlera wynika z chęci wkupienia się w łaski technologicznego giganta? Raczej nie, bo już inny technologiczny gigant wkupił się w łaski perkusisty: jego kompozycja „The Life & Death of Ben Bekele” została wykorzystana w reklamie iPhone’a. Fikcyjna postać z tamtego tytułu, która dała nazwę nowemu zespołowi, stoi na trójstyku rodzinnej anegdoty, upamiętnienia zmarłego ojca Zemlera oraz chęci tworzenia dźwięków tu i teraz.

Do składu perkusista zaprosił Igora Wiśniewskiego i Kamila Piotrowicza. Ich muzyka oscyluje między wirującym transem a stagnacją. Motoryka pierwszych utworów, które przypominają nagrania grup Marc Ribot y Los Cubanos Postizos, Queens of the Stone Age albo Mulatu Astatkego, stopniowo ustępuje miejsca psychodelicznym mgłom i niepokojącym dronom. Na „Zawsze coś” kąśliwość i przekora mieszają się z rezygnacją. Tam, gdzie mogłoby wybrzmieć na przykład efektowne solo bądź impulsywny dialog, usłyszymy raczej trwanie w linearnych repetycjach. Muzyka tria sama sobie wytycza drogę, jakby wbrew oczekiwaniom. Nieraz też świadomie z tej drogi zbacza albo wręcz gdzieś się zakopuje – i między innymi to jest w niej interesujące.

7/10

Skład

Hubert Zemler – perkusja
Igor Wiśniewski – gitara
Kamil Piotrowicz – instrumenty klawiszowe
Fundacja Słuchaj
1.10.2025
59'

Joe Morris / Tyshawn Sorey / Peter Evans
Comprehensive

Trafiliście kiedyś na recenzję płyty z muzyką improwizowaną w słowniku? Mnie coś takiego właśnie się przytrafiło. Pełen entuzjazmu dla albumu „Comprehensive”, chciałem przypomnieć sobie znaczenie użytego w tytule słowa. Zajrzałem więc do wysłużonego tomu opatrzonego nazwą słynnego brytyjskiego uniwersytetu i znalazłem takie tłumaczenia: „obszerny”, „rozległy”, „wszechstronny”, „szeroko zakrojony”. No i proszę: jak ulał pasują do opisu dźwiękowych wydarzeń i narracji, które słychać na tej płycie. Jest ona dziełem trzech wielkich postaci muzyki improwizowanej: gitarzysty i kontrabasisty Joe Morrisa, perkusisty Tyshawna Soreya oraz trębacza Petera Evansa. W różnych formatach ze sobą współpracowali, choć nigdy jako trio. Nowojorska sesja była więc ich pierwszym spotkaniem.

Jej owocami są cztery rozległe improwizacje, trwające od dwunastu do aż dwudziestu jeden minut. Pod względem artykulacyjnym, dynamicznym i brzmieniowym dzieją się przez ten czas zdarzenia fantastyczne: mnogość pomysłów wydaje się nieskończona, raz za razem utwierdzamy się w przekonaniu co do wszechstronności każdego z uczestników sesji. Najważniejszy jest jednak fakt, że bogactwo środków i erudycja przekładają się na mądrą, pełną wyczucia interakcję. Słuchamy improwizacji najwyższych lotów: Morris, Sorey i Evans działają asertywnie, nie stronią też od fajerwerków, ale dbają przy tym o przestrzeń oraz oddech w ich muzyce. Są błyskotliwi i witalni, proponują bardzo wiele, ale chcą być też cierpliwi. Nieraz więc trwają w rozwiązaniach minimalistycznych i konsekwentnie, na nic się nie siląc, wiodą swoje spontaniczne opowieści.

9/10

Skład

Joe Morris – kontrabas
Tyshawn Sorey – perkusja
Peter Evans – trąbka, trąbka piccolo
Sauajazz
5.09.2025
33'

Treen
Kaikō

W ubiegłym roku norweska wytwórnia Sheep Chase uruchomiła jazzowy sublabel o nazwie Sauajazz i w katalogu tym zdążyło się już ukazać parę ciekawych albumów. Współautorką dwóch z nich była Amalie Dahl – duńska saksofonistka altowa młodego pokolenia. Improwizowaną płytę „Kaikō” nagrała w ramach międzynarodowego tria Treen: z pianistką Gintė Preisaitė z Litwy oraz perkusistą Janem Philippem z Niemiec. Aspekt wielokulturowy rozszerza tytuł: japońskie słowo, które oznacza „nostalgię” albo „wspomnienie”.

Tym, co zwraca uwagę w pierwszej kolejności podczas odsłuchu albumu, jest zjawiskowa mozaika brzmień. Docierają do nas metaliczne dźwięki preparowanego fortepianu, podpływa migocący strumień perkusyjnej eksploracji, odzywają się nieśmiałe podmuchy saksofonu. Spektakularne sonorystycznie continuum raz gęstnieje, raz się rozrzedza. Nagranie jest zrealizowane tak efektownie, że chciałoby się posłuchać go w przestrzeni wyposażonej w system kwadrofoniczny, by zanurzyć się jeszcze bardziej w tych szklistych, lśniących, szemrzących, chropawych dźwiękach. W quasi-ambientowej otulinie stopniowo uwidaczniają się kształty: fortepian gra coś w rodzaju walca, perkusja proponuje polirytmię albo jakby latinjazzową pulsację, freejazzowa gwałtowność wkrada się w partie saksofonu… Takich drobiazgów na przestrzeni całego albumu pojawia się wiele i każdy warto dostrzec. Gdy zaś zapomnimy o detalach i spojrzymy na całokształt „Kaikō”, naszym oczom ukaże się osobliwa, fascynująca kolorystycznie i pulsująca emocjami panorama.

7/10

Skład

Amalie Dahl – saksofon altowy, obiekty
Gintė Preisaitė – fortepian, obiekty
Jan Philipp – perkusja, perkusjonalia
Wydanie własne
5.12.2025
34'

Irka Zapolska Quartet
The Song of a Jubjub

Kwartet wokalistki Irki Zapolskiej już na debiucie „Perception of Preception” dał się poznać jako skład, który w dość ciekawy sposób łączył akustyczny jazz głównego nurtu, swobodną improwizację z temperamentną wokalistyką. Do tego dochodziła jeszcze inspiracja literacka: na tamtej płycie Zapolska interpretowała „Alicję w krainie czarów” i „Jabberwocky” Lewisa Carrolla. Nowy album kontynuuje owe wątki, choć tym razem dużo większy nacisk położono na improwizację. W centrum uwagi sytuuje się inny tekst Carrolla: „Wyprawa na żmirłacza”. Tematycznie więc dalej jesteśmy w świecie baśni i absurdu.

Słuchając tej płyty, czułem się chwilami tak, jakbym trafił na niewydany album kwartetu Anny Gadt sprzed, powiedzmy, piętnastu lat. Improwizujący muzycy Zapolskiej są uważni, cenią urodę dźwięku, chętnie tworzą okoliczności tajemnicze i ulotne. Czasem grają może zbyt ostrożnie: nieraz wydają się rezygnować z podjęcia zdecydowanych działań. Ostatecznie jednak całkiem nieźle poznajemy ich zawadiackie, ekstrawertyczne, elastyczne stylistycznie oblicze. Głos Zapolskiej także interesuje: słyszę w nim teatralność Cécile McLorin Salvant, chłód Patricii Barber i delikatność wspomnianej Gadt.

Jedyny problem dotyczy kontrowersyjnego podejścia liderki do anglojęzycznej poezji: wymowa licznych wyrazów nie ma wiele wspólnego z tym, co Carroll napisał. Słyszymy „last” zamiast „least”, „charms” zamiast „chasms”, „batcher” zamiast „butcher”, „started” zamiast „stated”, „very” zamiast „weary”… Błędy? A może świadomie nieortodoksyjne potraktowanie literatury w swobodnie improwizowanym kontekście? Jeśli to drugie, dobrze byłoby o takim podejściu poinformować w opisie albumu. Z niego dowiadujemy się bowiem, że słuchamy oryginalnego tekstu Carrolla, a nie wariacji na jego temat.

6/10

Skład

Franciszek Raczkowski – fortepian
Bartosz Szablowski – perkusja
Filip Arasimowicz – kontrabas
Irka Zapolska – głos
Intakt Records
29.08.2025
53'

Aruán Ortiz
Créole Renaissance

Aruán Ortiz to dziś jeden z najważniejszych jazzowych pianistów urodzonych na Kubie. Zakładam, że najbardziej może być kojarzony z kwartetem Jamesa Brandona Lewisa, z którym nagrał już pięć płyt. Współpracował też z Wallacem Roneyem czy Ivo Perelmanem, ale od wielu lat działa jako lider i autor muzyki. W 2024 został nawet wyróżniony stypendium Guggenheima w dziedzinie kompozycji. Ma na koncie bardzo udane albumy z własnymi triami, chętnie też wracam do jego znakomitego solowego „Cub(an)ism” (2017). Mając w pamięci tamtą płytę – temperamentną, wyrazistą, pełną ciekawych rozwiązań harmonicznych i rytmicznych – sięgnąłem po najnowszy solowy album „Créole Renaissance”.

Jego tematem jest dziedzictwo czarnoskórych intelektualistów i antykolonialnych ruchów emancypacyjnych. Wątki te przejawiają się na przykład w tytułach kompozycji oraz treści recytowanego wiersza Ortiza. Pod względem muzycznym otrzymujemy opowieść, w której dominują powściągliwość, refleksyjność i posępne barwy. W większości utworów pianista niespiesznie konstruuje narracje, oszczędnie rozsypuje dźwięki. Technika oraz wyczucie harmonii Ortiza nadal są doskonałe, ale ogólnie jego gra jest tym razem tak wsobna i chłodna, że raczej odstręcza niż przyciąga. Znajduję tam raczej senność aniżeli tajemniczość. Szanuję próbę muzycznego odbicia ważnych historycznie i tożsamościowo wątków, ale zdecydowanie bardziej wolę o nich poczytać, aniżeli słuchać „Créole Renaissance”.

4/10

Skład

Aruán Ortiz – fortepian

Zobacz też

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Najnowsze wpisy

Pełne archiwum