ImproSpot

Nie negocjować z wyobraźnią

Uwielbiam złożoność procesu tworzenia albumu. Cieszy mnie, gdy nie idę na żywioł, ale buduję szkielet, wokół którego powstaje muzyka. Fascynuje mnie wymyślanie, łączenie elementów – wyobrażam sobie, że podobnie pracuje się nad spektaklem teatralnym
Uwielbiam złożoność procesu tworzenia albumu. Cieszy mnie, gdy nie idę na żywioł, ale buduję szkielet, wokół którego powstaje muzyka. Fascynuje mnie wymyślanie, łączenie elementów – wyobrażam sobie, że podobnie pracuje się nad spektaklem teatralnym
Anna Gadt
Anna Gadt
rozmawia Maciej Krawiec
rozmawia Maciej Krawiec

Maciej Krawiec: Rozmawiamy parę miesięcy po premierze albumu „Coincidentia oppositorum”, który powstał we współpracy z kompozytorem Milanem Rabijem i Warsaw Cello Quartet. Płyta ukazała się pod koniec listopada 2025, a więc już po większości jesiennych festiwali, na których moglibyście wystąpić. Zastanawiałaś się wtedy, czy to dobry czas na premierę?

Anna Gadt: Nie myślałam o tym. Zależało mi przede wszystkim, by album trafił do słuchaczy.

Okładka albumu „Coincidentia oppositorum” (projekt: Marek Wajda)

Płyta nie dość, że wyszła, to zdążyła trafić także do niejednego podsumowania szczególnie ciekawych albumów 2025. (Ostatnie tygodnie przyniosły kolejną informację: „Coincidentia oppositorum” została nominowana do nagrody Fryderyk w kategorii „Jazz Eksperymentalny / Współczesna Muzyka Improwizowana” – przyp. MK) Masz poczucie, że przełożyło się to na większe zainteresowanie odbiorców i odbiorczyń?

Rzeczywiście płyta pojawiła się w kilku zestawieniach, ale nie mam poczucia, by spotkała się z dużym zainteresowaniem środowiska dziennikarskiego. Otrzymywałam raczej głosy w stylu: „To bardzo ciekawe i zaskakujące, dziękujemy za informacje”. (śmiech) A potem cisza. Już nie reaguję na komentarze, że moja muzyka jest niejednoznaczna i trudna do klasyfikacji. Że jest bardzo interesująca, ale ryzykowna…

To przecież komplementy!

Rozumiem, że akurat ten album może sprawiać trudność w klasyfikacji. Ktoś stwierdził, że po raz pierwszy nie ma na mojej płycie perkusji i w związku z tym głos brzmi inaczej. Usłyszałam też, że to muzyka za mało jazzowa na festiwal jazzowy. Czasem mam wrażenie, że kieruje mną jakiś rodzaj bezmyślności merkantylnej i komercyjnej. Zupełnie nie zastanawiam się nad tym, jak, mówiąc wprost, sprzedać ludziom to, co mam do przekazania. Gdy przygotowałam tekst o albumie, najbliżsi zwrócili mi uwagę, że jest za długi, a zdania – nazbyt złożone, by można go było przeczytać szybko.

W którymś z wywiadów mówiłaś, że chcesz trafić do tak zwanego „otwartego słuchacza”. I taki słuchacz pewnie jest w stanie nie tylko uważnie przeczytać tekst, ale i wniknąć w album, który nie podąża utartym szlakiem.

Dziś powiedziałabym, że nie mam założeń względem słuchacza. Doświadczyłam kilku zaskoczeń, gdy w miejscach stworzonych do przyjmowania otwartej muzyki zdarzało mi się spotkać z obojętnością lub znudzeniem. Innym razem publiczność – przyzwyczajona do klasycznego repertuaru – w sposób zaskakujący dla mnie angażowała się w muzykę, żywo reagowała i chętnie dyskutowała o doświadczeniach. Zdaję sobie sprawę, jak dużą rolę odgrywają przyzwyczajenia i wyobrażenia.

Anna Gadt i Maciej Krawiec. Fot. Kacper Bartczak

Skąd pomysł na nagranie albumu z kwartetem wiolonczel? Czemu zdecydowałaś się na „cello quartet”, a nie chociażby na „string quartet”?

Od początku wiedziałam, że będą to wiolonczele. Kwartet klasyczny poprzez obecność skrzypiec brzmi jaśniej i operuje wyższymi dźwiękami. Wiolonczela, oprócz wielu możliwości brzmieniowych, ma w sobie zarówno potęgę kontrabasu, jak i liryzm altówki. Bardzo lubię jej dźwięk i pewien rodzaj majestatu.

Wspomniałaś kiedyś o tym, że na pewnym etapie swojego życia pochłonęła cię twórczość Lutosławskiego i Pendereckiego. Odnosiłaś się już na swoich albumach do klasyki, ale dotychczas najbardziej ewidentne były nawiązania do renesansu. „Coincidentia oppositorum” przynosi kilka nowości. Po raz pierwszy na płycie autorskiej towarzyszą ci wyłącznie muzycy klasyczni. Mam też poczucie, że nigdy wcześniej nie było u ciebie tylu nawiązań do baroku i muzyki dwudziestowiecznej.

To prawda, wiele jest tam odniesień do baroku. Od dawna zajmował mnie temat łączenia muzyki klasycznej, zapisu z otwartą improwizacją. Czy to w ogóle może się udać? Wspomniałeś Pendereckiego, który współpracował z improwizatorami i miał dokonania na tym polu. Bardzo cenię twórczość Barry’ego Guya, który do swojej muzyki włącza struktury i formy przeniesione wprost z klasyki. Mam wrażenie, że zawartość płyty „Coincidentia oppositorum” można porównać do wagi, której szalki odchylają się raz w jedną stronę – bardziej klasyczną bądź współczesną – a raz w drugą, ku otwartości jazzu i improwizacji. Z takich założeń narodził się pomysł współpracy z Milanem Rabijem, który moim zdaniem jest wybitnym kompozytorem młodego pokolenia. Początkowo chciałam, by pomógł mi w aranżowaniu. Ostatecznie jego wkład rozszerzył się na tyle, że większość kompozycji sygnujemy dwoma nazwiskami, a utwór „Collapse” to wyłącznie jego dzieło.

Anna Gadt

Improwizatorka, wokalistka, autorka muzyki. Klasycznie wykształcona pianistka łącząca swobodną improwizację, muzykę klasyczną i współczesny jazz. Jej dorobek liczy 9 albumów autorskich. Występowała w Europie i w kraju – m.in. na festiwalach Jazz Jantar, Ad Libitum, Jazz Jamboree, Jazz Juniors, Sacrum Profanum i Warszawska Jesień. Pomysłodawczyni formacji Voice Act, liderka tria Renaissance oraz Anna Gadt Quartet, z którym reprezentowała Polskę podczas European Jazz Scene w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. Jej działalność artystyczna nie ogranicza się do gatunków i nurtów. Współpracowała z takimi artystami jak Markus Stockhausen, Paweł Mykietyn, trio RGG, Orkiestra Muzyki Nowej, Krystyna Janda, Andrzej Chyra, Andrzej Izdebski, Nikola Kołodziejczyk, Marcin Olak, Liberty Ellman, Kazik Staszewski, Włodzimierz Nahorny i in. Trzykrotnie nominowana do nagrody Fryderyk. Działalność artystyczną łączy z pasją pedagogiczną na Wydziale Jazzu na Akademii Muzycznej w Katowicach. Wierzy, że edukacja wspierająca samodzielność myślenia i twórczą odwagę ma sens.

Jak określiłabyś tryb, w którym improwizujesz na tym albumie? Kwartet z reguły wykonuje skomponowane formy, zaś twoja rola się zmienia. Raz czytasz fragmenty literatury, innym razem swobodnie improwizujesz bądź realizujesz partie, które wydają się free, ale domyślam się, że bierzesz wtedy pod uwagę to, co – choćby pod względem harmonicznym – wynika z partytur kwartetu.

To odbywa się bardzo różnie. Na przykład „Collapse” to w moim wykonaniu stuprocentowa improwizacja…

Naprawdę? Przecież odczytujesz tam kolejne fragmenty literackie: Leśmiana, Białoszewskiego, Cabré, Dickinson…

Miałam przy sobie kartkę z różnymi tekstami, ale nie planowałam, które i w jaki sposób zabrzmią. Na płycie słychać pierwszą wersję tego utworu, gdy spontanicznie dokonywałam wyboru. Później dodaliśmy do niego tylko parę moich głosów, które wzmacniają słowo „Breathing”. W kolejnych utworach realizujemy bardzo różne scenariusze. Na przykład w środkowej części „What If” kwartet improwizuje w oparciu o partyturą graficzną. W ten sposób udało mi się przeciągnąć ich na swoją stronę. (śmiech) „Song of the Open Road” to jeszcze inny przypadek. Dwie wiolonczele grają ciągle dźwięk As, dwie pozostałe zmieniają kontekst harmoniczny, a ja swobodnie improwizuję w oparciu o wiersz Walta Whitmana.

W jakim stopniu kompozycja wpływa wtedy na twoje improwizowanie?

Harmonie są dość skomplikowane i wieloznaczne, więc mogę swobodnie na nie reagować. Czasami jestem blisko tego, co się dzieje w partiach wiolonczel, ale pozwalam sobie także na dalekie odejścia harmoniczne. Zależnie od tego, co zrobię, zmienia się ciążenie tonalne – balansujemy między harmonią zapisaną a zmianami inicjowanymi przez głos. Podoba mi się, że mogę w ten sposób wnikać w strukturę harmoniczną, uzupełniać ją, dzięki czemu zawartość partytury zostaje w jakiś sposób podważona. Jednocześnie ważne było dla mnie, by dźwięk As trwał nieprzerwanie w całym utworze. Są to moje inicjały. (Artystka debiutowała jako Anna Stępniewska, ale od 2010 używa aktualnego nazwiska scenicznego – przyp. MK) Po raz pierwszy podpisałam się w taki sposób na płycie.

Swego rodzaju autotematycznym gestem jest także zacytowanie tekstów, które w twoim wykonaniu słyszeliśmy na innych albumach. „Liryka śpiącego” Białoszewskiego, „We śnie” Leśmiana, przywoływanie tytułu płyty „Breathing”… Taki literacko-wspomnieniowy kolaż jest jednak dość zawoalowany, gdyż w opisie płyty te źródła się nie pojawiają.

Szczegółowy opis nie wydał mi się konieczny. Te fragmenty znalazły się na płycie dość spontanicznie. Może faktycznie są czymś w rodzaju mrugnięcia okiem do osób, które znają wcześniejsze albumy? Teksty, o których mówisz, pojawiają się tylko w pierwszej części pierwszego utworu. To trochę jakbym pokazywała słuchaczowi swoją drogę rozwoju, skąd wyszłam i dokąd teraz zmierzam – muzycznie i literacko. Nie planowałam tego, ale coś takiego powstało i odnajduję w tej interpretacji pewien sens.

Anna Gadt podczas sesji nagraniowej albumu „Coincidentia oppositorum” w Hashtag Labie (Warszawa). Fot. W Czułym Obiektywnie | Agnieszka Kiepuszewska
Anna Gadt z muzykami Warsaw Cello Quartet (od lewej: Filip Sporniak, Wojtek Bafeltowski, Dominik Frankiewicz i Jakub Pożyczka). Z tyłu Milan Rabij i Michał Kupicz. Fot. W Czułym Obiektywnie | Agnieszka Kiepuszewska

Sądzę, że mnogość tych sensów – zamierzonych i niezaplanowanych – wynika z faktu, że zwykle twoje autorskie albumy nasycone są inspiracjami oraz wątkami z różnych dziedzin. Łączysz muzykę dawną ze współczesną, improwizacje wnikają w strukturę kompozycji. Na dźwięki nakłada się kino, malarstwo, proza i poezja z odmiennych epok, a język polski miesza się z angielskim.

Uwielbiam taki proces tworzenia albumu. Cieszy mnie, gdy nie idę na żywioł, ale buduję szkielet, wokół którego powstaje muzyka. Fascynuje mnie wymyślanie, łączenie elementów – wyobrażam sobie, że podobnie pracuje się nad spektaklem teatralnym.

Powiedz więcej o tym procesie.

Po prostu gromadzę to, co mnie w danym okresie interesuje. Zbieram fragmenty rozmów, pojedyncze słowa, niekiedy obrazki, mnóstwo notatek i szkiców. Uważam, że w pewnym momencie muzyka przestaje być wystarczającą inspiracją dla powstawania kolejnej muzyki, gdyż ta staje się wtórna. Poszukuję zatem innych źródeł, a to, co mnie szczególnie ciekawi, zachowuję w takiej przestrzeni w sobie, którą nazywam pustelnią. Tam „układam się” ze sobą, podążam za jakimś mglistym przeczuciem, jednocześnie staram się nie negocjować z wyobraźnią. Czuję się wtedy naprawdę wolna i nieograniczona. Lubię ryzyko, które niesie ze sobą tworzenie nowych formacji i składów. A kiedy pomysł nareszcie nabiera konkretnych kształtów, rzeczowo podchodzę do tematu i precyzyjnie planuję, co i jak należy zrobić, żeby mieć przyjemność w wyzwaniu. Jednocześnie mam świadomość, że moje albumy zawierają w sobie elementy z odmiennych światów, ale zestawianie ich nie jest celem samym w sobie. One w naturalny sposób wynikają z tego, jaka jestem. Jestem tymi sprzecznościami.

Już nie reaguję na komentarze, że moja muzyka jest niejednoznaczna i trudna do klasyfikacji. Że jest bardzo interesująca, ale ryzykowna…

W tym momencie należy wrócić do tytułu albumu. „Coincidentia oppositorum” to po łacinie „zbieżność przeciwieństw”.

Ten metaforyczny i wieloznaczny tytuł pojawił się na samym końcu, tuż przed wydaniem płyty. Wiedziałam już, co dokładnie zostało zarejestrowane, ale nie umiałam uchwycić tego prostymi słowami. Natrafiłam na to określenie zupełnie przypadkowo, choć niektórzy sądzą, że nie ma przypadków. (śmiech) W sposób oczywisty tytuł odnosi się do muzyki na albumie. W szerszym kontekście zaś mówi o przeciwieństwach, które człowiek próbuje w sobie poukładać: choćby cech męskich i kobiecych. W grę wchodzą tu również przeciwieństwa na linii człowiek – natura – technologia. Warto dodać tu jeszcze aspekt socjologiczny i zastanowić się nad sytuacją jednostki, która próbuje odnaleźć się w grupie: społeczeństwie, narodzie albo zespole.

To określenia na wysokim poziomie ogólności, ale wspomniałaś też o sprzecznościach, które osobiście ciebie charakteryzują.

Tak, to jest trafny tytuł również z mojej osobistej perspektywy. Wyrażam nim sprzeciw wobec przymusu jednoznacznego definiowania siebie jako muzyka. Miesza się we mnie akademiczka i free improwizatorka. Jednocześnie lubię piosenki Joni Mitchell i Davida Bowie. Czasem gram w monumentalnej sali koncertowej, a czasem dla dziesięciu osób. Kiedyś zapytano mnie całkiem serio, jak się odnajduję w hierarchii świata akademickiego…

…albo w sekcji jazzowej Rady Akademii Fonograficznej, która przyznaje Fryderyki.

Hm, no tak. Myślę, że bardzo tracimy na tym, że rezygnujemy ze swojej różnorodności. W tym kontekście wzorem jest dla mnie aktywność Tyshawn Sorey, który jest po prostu zaangażowanym muzykiem, cechuje go otwartość umysłu. Wiesz… przez wiele lat czułam, że działam zupełnie poza środowiskiem muzycznym, gdzieś na obrzeżach sceny i w dużej mierze dla siebie: za mało awangardowa dla awangardy, za dziwna dla mainstreamu. Po latach okazało się, że nawet działając gdzieś z boku moje zdanie może mieć dla kogoś znaczenie. Stąd moja obecność na Akademii Muzycznej w Katowicach lub we wspomnianej Radzie. Towarzysząc młodym ludziom, zachęcam ich, by poznawali skrajnie różne i niewygodne dla nich rzeczy. By poprzez obcowanie i zmierzenie się na przykład z muzyką rozrywkową, free czy klasyką nabierali innej perspektywy, szacunku dla odmienności, nie mówiąc już o zdobywaniu nowych narzędzi i poszerzaniu horyzontów. Wierzę w taki rodzaj działania i w nim odnajduję sens rewolucji światopoglądowej, poprzez wpływ i zmiany w najbliższym otoczeniu. Być może skutkiem będzie odważny dialog, mniej negatywnego nastawienia do siebie nawzajem i dostrzeżenie wartości w odmiennym? Ubolewam, że środowisko mainstreamowe i to awangardowe mało się ze sobą komunikują, nie inspirują się wzajemnie, a niekiedy nie szanują, bo przecież: „O czym my mamy rozmawiać?”. W podziale środowiska upatruję stratę nie tylko jakościową, ale także w sensie mocy wpływu na zmiany. Trudno jest stworzyć prężnie działające stowarzyszenie muzyków. Trudno jest więc lobbować na rzecz grupy, która jest rozproszona i nie bardzo potrafi określić jakie ma oczekiwania poza tym, że chce otrzymać dotacje.

Ubolewam, że środowisko mainstreamowe i to awangardowe mało się ze sobą komunikują, nie inspirują się wzajemnie, a niekiedy nie szanują, bo przecież: „O czym my mamy rozmawiać?”

Krokiem w stronę porozumienia i wzajemnego dostrzeżenia obu środowisk mogło wydawać się stworzenie kategorii „Jazz Eksperymentalny / Współczesna Muzyka Improwizowana” na ubiegłorocznych Fryderykach. Tyle że większość płyt dotychczas nominowanych w tej kategorii bardzo dziwi. Album tria Możdżer / Danielsson / Fresco albo płyta koncertowa Leszka Żądło sprzed 50 lat? Przecież to brzmi jak żart. (Nominacje z 2026 przyniosły zresztą parę podobnych zgrzytów – przyp. MK) Nie widzę przekonujących przesłanek, aby sądzić, że Akademia Fonograficzna jest naprawdę zainteresowana tym co eksperymentalne w muzyce improwizowanej tu i teraz.

Powstanie tej kategorii postulowałam wspólnie z Kamilem Piotrowiczem. Udało nam się przekonać większość osób z Rady Akademii sekcji jazzowej, że to ma sens. Że trzeba dostrzec tę część sceny i docenić wiele dziejących się tam zjawisk. Mam świadomość kontrowersji, o których mówisz. Mimo to wierzę, że ta kategoria z czasem stanie się przyczółkiem, gdzie będą mogły ustawić się płyty artystów, którzy nie identyfikują się z językiem jazzu głównego nurtu. Wiele zależy od tego, jak Akademia Fonograficzna – czyli wszyscy dotychczas nominowani i nagrodzeni – definiują eksperyment. Tutaj kłania się już indywidualne doświadczenie słuchania, z którego wynika decyzja, gdzie dana osoba stawia granicę między mainstreamem a awangardą.

Wspomniałaś o tym, że nie chcesz opowiadać się po jednej ze stron jazzowej stylistyki. W efekcie można słuchać cię zarówno w repertuarze autorskim – choćby z kwartetem wiolonczelowym – jak i w spontanicznie improwizującej grupie Voice Act. Wykonujesz także standardy w asyście tria fortepianowego.

Wszystkie te aktywności przynoszą mi satysfakcję, choć są to zupełnie różne doświadczenia. Granie standardów jest jak powrót do książki, którą czytało się w dzieciństwie. Na razie nie mam nic nowego do powiedzenia w formacie kwartetu, ale może kiedyś wrócę z autorskimi utworami do takiej formuły jazzowej.

Ostatnim albumem zrealizowanym pod szyldem Anna Gadt Quartet było „Mysterium lunae” z 2018. Tamten zespół już nie funkcjonuje. To samo dotyczy tria Renaissance, które ostatni koncert zagrało w 2022 roku.

To były dwa ważne składy, z którymi pracowałam. Wokół nich budowałam swoją pozycję i życie koncertowe. Włożyłam w nie dużo energii. Było mi bardzo trudno rozstać się z tymi zespołami. Cieszę się, że odbyło się wiele koncertów i że nagraliśmy kilka albumów. W tym sensie coś po mnie zostanie. (śmiech) Do niedawna ciągle miałam poczucie, że jestem na początku drogi, co było bardzo obciążające. Może nauczyłam się trochę oglądać za siebie, a nie tylko patrzeć intensywnie w przyszłość.

Obecnie jedynym twoim składem, z którym regularnie improwizujesz, jest kwartet wokalny Voice Act. (Anna współtworzy go z Martą Bogusławską, Natalią Kordiak i Gosią Zagajewską – przyp. MK) Każda z was zaangażowana jest w wiele różnych przedsięwzięć. O Voice Akcie należy dziś myśleć jak o working bandzie, czy dopuszczasz zmiany składów?

Dla mnie to nie tylko zespół o określonym składzie, ale miejsce umożliwiające wymianę doświadczeń w zakresie improwizacji głosem. Voice Act na początku miał być rodzajem platformy dla różnych kooperacji, które w centrum stawiałyby głos. Na początku miał to być tylko mój głos, później pojawił się pomysł zaproszenia dziewczyn. Nie miałam pojęcia, co wydarzy się podczas pierwszej sesji nagraniowej trzy lata temu i tym bardziej nie planowałam kolejnych wydarzeń koncertowych.

Anna Gadt, Natalia Kordiak, Marta Bogusławska i Gosia Zagajewska (Voice Act). Fot. Urszula Las
Marta Bogusławska, Gosia Zagajewska, Natalia Kordiak i Anna Gadt (Voice Act), a za nimi Jim Black. Fot. Aleksandra Mleczko

Kilka razy do Voice Aktu dołączali goście: Jim Black oraz duet Malediwy. Poszerzenie składu następowało, ale obsada wokalna była zawsze taka sama.

Na razie działamy w tym samym składzie, ale mam nadzieję wrócić do pomysłu kooperacji. Jest wiele do odkrycia w tej dziedzinie.

W maju nastąpi premiera waszej drugiej płyty, która będzie zapisem waszego koncertu z Blackiem (z festiwalu kxntrst w Warszawie z 2024 – przyp. MK). Jak zapamiętałaś tamto spotkanie?

Jim to niesłychanie zapracowany muzyk, wpadł do Warszawy właściwie tylko na ten koncert. Żałuję, że nie było to dłuższe spotkanie. Przed wejściem na scenę padło pytanie, czy jest jakiś plan. Plan był taki, że mamy wyjść i zagrać. (śmiech) Jim to wspaniały artysta, witalny, żywo reagujący i z poczuciem humoru. Gdy posłuchał nagrania z koncertu, chętnie zgodził się na publikację. Album „Bee Space” ukaże się 6 maja w katalogu FSRecords. I tu ukłon w stronę Macieja Karłowskiego, który z życzliwością i otwartością wspiera inicjatywy, z którymi do niego przychodzę („Coincidentia oppositorum” i trzy wcześniejsze płyty z udziałem Anny także zostały wydane przez FSR, której szefem jest Karłowski – przyp. MK).

Okładka albumu „Bee Space” (projekt: Marek Wajda)

Majowa premiera to nie jedyny ważny punkt w twoim kalendarzu na najbliższe miesiące. Pod koniec kwietnia wystąpisz z Warsaw Cello Quartet na festiwalu Jazztrzębie. O czym jeszcze warto w tym momencie wspomnieć?

Poza Jazztrzębiem muzykę z najnowszej płyty będzie można usłyszeć w lecie na Kromer Festivalu w Bieczu. W maju w Warszawie i Łodzi zaśpiewam z nowym składem: głos, dwa kontrabasy i perkusja. Później pojawię się w Poznaniu podczas Blue Summer Jazz Festival, gdzie z dużym zespołem zaśpiewam kompozycję Kenny’ego Wheelera „The Sweet Time Suite”. W lipcu będzie można usłyszeć Voice Act w Gdańsku. Cały czas trwa moja współpraca z festiwalem Voicingers, który w tym roku – poza warsztatami – organizuje Międzynarodowy Konkurs dla Muzyków Śpiewających. Serdecznie go polecam.

Zobacz też

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Najnowsze wpisy

Pełne archiwum