Chęć przebicia głową ściany
Maciej Krawiec: Spotykamy się w gdańskim lokalu Lawendowa 8. Jest to obecnie jeden z ważniejszych trójmiejskich adresów dla muzyki jazzowej, improwizowanej i nie tylko. Należysz do osób, które występują tu szczególnie często. Na czym polega fenomen tego miejsca?
Krzysztof Hadrych: W Lawendowej udało się zbudować silną społeczność, dzięki czemu co czwartek (na wydarzenia w ramach cyklu „JazzCzwartek” – przyp. MK) jest tu bardzo dużo ludzi. Oni przychodzą zawsze, niezależnie od tego, kto zagra. Nie chcę, żeby to zabrzmiało, że nie mam do nich szacunku, ale jako muzyk czuję, że mogę w Lawendowej zrobić cokolwiek. Że gdy mam w głowie jakiś koncept – nawet najbardziej szalony, eksperymentalny i nieprzystępny – to właśnie tu mogę go zrealizować, a ludzie stoją i słuchają. To świetne miejsce do sprawdzania rzeczy, których nie sprawdziłbym w sytuacjach bardziej oficjalnych.
Kiedy zagrałeś tu pierwszy raz?
Tuż przed wybuchem pandemii. Napisał do mnie wtedy Emil Miszk, który od 2013 z muzykami z zespołu Algorhythm prowadził jam sessions na Lawendowej. Po kilku latach nastąpiła przerwa i jakoś na początku 2020 pojawił się pomysł wznowienia jamów. Emil zaproponował mi, żebym się tym zajął. Spiknęliśmy się wtedy z Maliną Miderą, Wojtkiem Warmijakiem i Ziemkiem Klimkiem, zagraliśmy improwizowanego seta, przyszło dużo osób. Od tamtego jamu przez ponad dwa lata bookowałem składy, które tam co czwartek występowały. Oczywiście mi też zdarzało się grać, bo bardzo to lubię. (śmiech) Z czasem muzycy sami zaczęli do mnie pisać, że chcieliby wystąpić. Teraz programowaniem zajmują się Maciek Świniarski i Magda Kuraś.
Przed rokiem słuchałem w Lawendowej fenomenalnego, bardzo sycącego improwizowanego koncertu, który zagrałeś z Tomkiem Gadeckim i Olą Rzepką. Wasza intensywność robiła piorunujące wrażenie. Jesteś w stanie wymienić występy, które szczególnie zapadły ci w pamięć?
To wszystko mi się zlewa, bo było ich bardzo dużo. Na pewno sukcesem okazało się granie doom metalowych kolęd, co wynikło z mojej zajawki na metal, grupę Sunn O))), nisko strojoną gitarę i maksymalizm brzmienia. Razem z Maćkiem (Świniarskim – przyp. MK) wymyśliliśmy, że on będzie śpiewał bądź recytował teksty kolęd, a zespół będzie improwizował, grając długie drony.

Twój pierwszy występ w Lawendowej nastąpił na początku 2020. Było to parę miesięcy po rozpoczęciu przez ciebie studiów na Akademii Muzycznej w Gdańsku, gdzie przyjechałeś z rodzinnego Kalisza. Gdy poznawałem bliżej twoją biografię, zaskoczyło mnie, że nie chodziłeś do szkoły muzycznej. Zapytam wprost: jak wobec tego udało ci się stać tak dobrym gitarzystą, że od razu po maturze przyjęto cię na wyższe studia muzyczne?
To wszystko nie wydarzyłoby się, gdyby nie nieskalana niczym miłość do gitary i muzyki. Wiem, że to brzmi bardzo romantycznie. (śmiech) Miałem dużo szczęścia, że dość szybko znalazłem coś, co mnie naprawdę w życiu interesuje. Zacząłem grać na gitarze w wieku dziesięciu lat i od razu wiedziałem, że chcę to robić zawsze.
Twój tata był gitarzystą.
To prawda, ale przestał grać długo przed moimi narodzinami. Nigdy nie słyszałem, jak gra. Raz tylko przyśniło mi się, że słuchałem go w moim pokoju w Kaliszu i grał w tak piękny i smutny sposób, że płakałem pod wpływem tamtej chwili. Gdy byłem dzieckiem, nie mieliśmy w domu nawet instrumentu. Aż do momentu, gdy mój brat dostał w prezencie gitarę klasyczną. Pograł dwa tygodnie, a potem zostawił ją u babci. (śmiech) Któregoś roku, gdy spędzałem u niej wakacje, wziąłem tę gitarę i tak się zaczęło. Słuchałem wtedy dużo muzyki, jaką podsuwał mi tata – Metalliki i innych klasycznych grup rockowych. Po roku grania, gdy miałem jedenaście lat, założyłem z dwójką kolegów zespół The Flash. Istniał aż do 2018 roku, w międzyczasie zdobywaliśmy jakieś nagrody na lokalnych przeglądach. Raz nawet zagraliśmy jako support przed koncertem grupy Hey w Kaliszu.
Krzysztof Hadrych
Gitarzysta, kompozytor, producent muzyki elektronicznej. Od najmłodszych lat najbardziej zainteresowany tym, czego jeszcze nie słyszał. Od 2019 aktywnie uczestniczy w artystycznym życiu Trójmiasta. Prowadzi audiowizualny projekt Tentno z autorskimi kompozycjami oraz blackmetalowy zespół Salo. Jest członkiem takich składów jak Tomasz Chyła Quintet, Artificialice, Wojtczak/Gos/Hadrych, Maja Laura Septet, polsko-francuski duet KREM oraz Świdrych. Tworzy także elektronikę pod pseudonimem kadrych. Jest absolwentem Akademii Muzycznej w Gdańsku, kształcił się również w Rhythmic Music Conservatory w Kopenhadze pod okiem Toma Blancarte’a oraz Jacoba Anderskova.
Miałeś więc niemal od samego początku kontakt z estradą. Wychowywałeś się też w takim czasie, że wiele z tamtych działań trafiało do internetu. Do dziś można znaleźć wykonanie „Killing in the Name”, gdy miałeś trzynaście lat, albo „Enter Sandman” nagrane rok później czy występy w ramach „Nocy w Liceum” w twoim ogólniaku.
Dużo było takich sytuacji. Dały mi swobodę, żeby bez wstydu i pohamowań pokazywać widowni to, co mnie interesuje.
Byłeś kimś w rodzaju szkolnej gwiazdy?
Nie należałem do grona tych cool osób, na które wszyscy zwracali uwagę. W liceum trzymałem się raczej z boku i dopiero na studiach odkryłem w sobie większy ekstrawertyzm. Myślę, że bycie aktywnym muzykiem trochę do tego zmusza. Poznałem też wielu ludzi, którzy myślą podobnie o sztuce i życiu, więc łatwiej mi było się odnaleźć i rozkwitnąć jako człowiek.
Kalisz znany jest między innymi z Festiwalu Pianistów Jazzowych. Chodziłeś na niego?
To jedna z niewielu imprez w Kaliszu, które były naprawdę ciekawe. Przełomowa była edycja z 2013, kiedy usłyszałem High Definition Quartet i zespół Ronin Nika Bärtscha. Byłem wtedy na etapie słuchania Brubecka i Davisa, więc High Definition (zespół Piotra Orzechowskiego – przyp. MK) wydawało mi się nieprzystępne. Jednak z jakiegoś powodu, jak wróciłem do domu, dużo o nich myślałem. Nie wiedziałem, że muzyka może tak brzmieć. Zacząłem słuchać ich nagrań. Jednocześnie odkrywałem twórczość Piotra Orzechowskiego i to, ile można zrobić z fortepianem. Takie było moje pierwsze spotkanie z awangardowym, współczesnym jazzem.
A spotkanie z Nikiem Bärtschem?
Ono z kolei zrodziło we mnie miłość do rytmu. To oczywiście muzyka bardziej przystępna niż High Definition. Lepiej ją rozumiałem, ale byłem w szoku, że da się grać w kółko to samo i że może być to tak interesujące. Wtedy zacząłem słuchać Reicha, Glassa i innych minimalistów XX wieku oraz bardzo dużo Nika Bärtscha. To postać, która przez mój okres nastoletni była dla mnie ważna. Znam jego muzykę na wylot, ale gdy do niej czasami wracam, wciąż zdarzają się zaskakujące momenty. Myślę sobie wtedy: „Wow, nie pamiętałem, że coś takiego tam jest”.
Czy możesz stwierdzić, że z braku formalnej edukacji muzycznej przed studiami wynikały same dobre rzeczy?
Zawsze uczyłem się muzyki i poznawałem język dźwięków tylko poprzez to, co mnie interesowało. Z kolei w szkole trzeba uczyć się tego, co jest w programie. Dla młodej osoby może to wcale nie być ciekawe. Jedyne, czego mi w jakimś stopniu brakowało na początku studiów, to umiejętność czytania nut. Wciąż się tego w sumie uczę, bo gitara jest pod tym względem trudnym instrumentem. Ten sam dźwięk można zagrać w paru miejscach, więc wykonanie melodii jest czasem taką gimnastyką mentalną: jaki punkt wybrać w odniesieniu do tego, co trzeba zagrać zaraz. Nie należę też do muzyków, którzy często wykonują trudne kompozycje zapisane w stu procentach. Zwykle gram z pamięci. Jedyny zespół, w którym występuję i gdzie są nuty i konkretny aranż, to oktet Emila Miszka. Czasami dochodzi też do sytuacji specjalnych, jak na przykład wykonanie w Osace suity Nikoli Kołodziejczyka (w ramach wydarzenia „Jazz from Poland in Japan” – przyp. MK). Tam był całkiem trudny materiał na gitarę, a do tego w składzie byli jedni z moich idoli: Gard Nilssen i Ole Morten Vågan. Trochę mnie to stresowało, bo nie chciałem przed nimi grać tych rzeczy słabo. (śmiech)
W programie „PIN do kultury” powiedziałeś niedawno, że w liceum słuchałeś też zespołów z Trójmiasta: Quantum Trio, Tomasz Chyła Quintet, Algorhythm…
Właśnie dlatego, że takie grupy działały w Trójmieście, zdecydowałem się na studia w Gdańsku. Zdawałem też do Wrocławia i Katowic, ale ostatecznie przyciągnęła mnie wolność, którą słyszałem w muzyce tych zespołów.
Trafiłeś do Gdańska w interesującym momencie. Nie tylko pojawiła się możliwość prowadzenia jamów w Lawendowej, ale też kilka ważnych grup – z uwagi na zmiany w składach – musiało wymyślić się na nowo. W efekcie trafiłeś do kwintetu Tomka Chyły, czyli wskoczyłeś pod rozpoznawalny szyld i wkrótce zaczęło się życie koncertowe z prawdziwego zdarzenia. Jak wspominasz tamten czas?
Jak przyjechałem do Gdańska, byłem zdesperowany, żeby muzycznie robić jak najwięcej. Okazało się, że na akademii trafiłem do grupy świetnych ludzi – takich jak Malina Midera, Alicja Sobstyl, Wojtek Warmijak, Ziemek Klimek… Szybko zaczęliśmy razem grać i tworzyć jakieś zespoły. Zaprzyjaźniłem się z Maćkiem Świniarskim, z którym założyłem duet Świdrych. To był zupełnie szalony, kosmiczny czas. Wpadłem w świat, gdzie rzeczy działy się trochę poza moją kontrolą. Tomka Chyłę poznałem najpierw jako wykładowcę, bo razem z Emilem Miszkiem prowadził przedmiot Eksperymentalne combo jazzowe.
Na czym polegały te zajęcia?
Ćwiczyliśmy granie free. Czasami pojawiały się też utwory, ale głównie improwizowaliśmy na bazie jakichś luźnych konceptów, w małych grupach albo solo. Byłem zachwycony, że artyści, których muzyka jest inspirująca, uczą mnie intuicyjnego grania z innymi ludźmi. Takie mocne przeżycie na początku studiów dużo mi dało.
Zakładam, że dołączenie do kwintetu Tomka również dało ci sporo.
To było jak spełnienie marzeń. Nagle pojawiły się koncerty: na Jazz Jantarze, w NOSPR-ze… Szybko nagraliśmy też płytę „da Vinci”. Pamiętam, że ta sesja mnie stresowała. Bardzo nie podobało mi się brzmienie gitary, jakie tam wyszło. Później, gdy słuchałem albumu, wyrzucałem sobie, że mogłem zagrać inaczej.
Myślę, że ogólny sound tej płyty nie wypadł najlepiej. Instrumenty brzmią trochę tak, jakby były od siebie odseparowane. Można mieć wrażenie, że grają tam niezależne od siebie głosy, a nie spójny zespół. Stylistycznie też dzieje się trochę za dużo.
Jest parę powodów, dlaczego tak wyszło. Po tej płycie szybko zorientowaliśmy się, w jakim kierunku chcemy pójść: bardziej w stronę rocka progresywnego czy nawet metalu. Tomkowi takie rzeczy są bliskie, to dla niego naturalny kierunek. Słychać to na najnowszej płycie kwintetu „It’s Not a Fake, It’s a Replica”.
W nowej odsłonie kwintetu podoba mi się między innymi natura współbrzmień między trąbką, skrzypcami i gitarą. To rzadko spotykane połączenie. Ciekawe też jest, że trąbka i skrzypce brzmią czasami jak jeden instrument.
Dużo rozmawialiśmy o tym, że właśnie gra unisono skrzypiec z trąbką daje nieoczywiste brzmienie i że chcemy je wykorzystywać. A jak dodamy jeszcze gitarę z przesterem, to robi się naprawdę ciekawie.
W tym roku ukaże się także album zespołu Tentno. Tworzysz go z kontrabasistą Szymonem Zalewskim, perkusistą Alanem Kapołką i artystką wizualną Martą Prabucką. Pod względem muzycznym Tentno to wirtuozowski mariaż math rocka, jazzu fusion i noise’u, a wszystko to wybrzmiewa w kontekście dość depresyjnej, posępnej animacji. Całość wypadła rewelacyjnie, gdy występowaliście w kinie Żak (w Gdańsku – przyp. MK) rok temu. Łączenie dźwięków z obrazem interesuje cię od dawna, prawda? Słuchałem wywiadu, którego udzieliłeś w czasach licealnych i już wtedy o tym wspominałeś.
Tak, trwa to już trochę i nadal jestem zainteresowany tą sferą. Ważnym momentem było dla mnie poznanie twórczości kompozytora Simona Steena-Andersena, który intensywnie działa na przecięciu muzyki i sztuk wizualnych. Zrealizował kiedyś niesamowity koncert pt. „Trio” na chór, orkiestrę i big band. Nad nimi zaś wyświetlane są sceny, gdzie na przykład Leonard Bernstein dyryguje orkiestrą albo Buddy Rich gra solo na perkusji. Muzycy z orkiestry albo big bandu odnoszą się potem do tego, co dzieje się na ekranie. Efekt jest bardzo ciekawy i bardzo dziwny. W Tentnie działamy trochę jak zespół grający do kina niemego.
Materiał wizualny jest zamkniętą opowieścią i ma określoną długość?
Wszystko odbywa się w ramach zaplanowanej dramaturgii, ale mamy pole do swobodnej interakcji i możemy grać tyle, ile chcemy. Pod względem muzycznym mniej więcej w połowie wykonujemy precyzyjnie zapisane kompozycje. Reszta to improwizacja, w której Marta także bierze udział. Ma taką kontrolę nad projekcją, że jest w stanie elastycznie reagować na zdarzenia w muzyce: podkreślać rytmiczność, nakładać jakieś efekty zależnie od głośności… Szacun dla niej, że – choć nie jest muzyczką – tak dobrze poznała ten materiał, że wizualizacje na różnych poziomach zgrywają się z dźwiękami.
Dobrze zgrywacie się też jako trio. Wrażenie robi między innymi to, jak organicznie realizujecie zmienne metrum, jak stawiacie akcenty, jak pracujecie dynamiką.
Szymon i Alan są świetnymi muzykami. Piszę dla nich dość trudne numery, ale nie napisałem jeszcze niczego, co by ich zagięło. (śmiech) Nie dość, że się tego uczą, to jeszcze od razu zaczynają interpretować. Mimo że te utwory wydawały mi się dość odhumanizowane, wykonują je bardzo muzykalnie. Gra mi się z nimi wspaniale, podobnie czujemy muzykę. Łączy nas też coś, co nazywam chęcią przebicia głową ściany.
Masz na myśli ekspresję?
Ekspresję, intensywność – nawet wtedy, gdy gra się cicho. W kontekście tej grupy myślę o micie Syzyfa: mimo świadomości, że głazu nie da się wtaszczyć na górę, to i tak się bardzo stara. Interesuje mnie tego rodzaju determinacja.
Tentno jest jednym z twoich trójmiejskich working bandów. Odwoływałem się tu już do wywiadu, którego udzieliłeś w programie „PIN do kultury”. Kamil Wicik pytał cię tam między innymi o ewentualne plany przeprowadzki z Trójmiasta. Odpowiedziałeś w ten sposób: „Ostatnio im częściej jestem w Warszawie, tym coraz bardziej chcę wracać do Gdańska”. (śmiech)
Bardzo mi się podoba to, co się dzieje na warszawskiej scenie. Wiele osób z nią związanych wydaje ciekawe płyty. Dzięki nim nieraz przekonuję się, że można jeszcze zrobić z muzyką coś, czego dotychczas nie słyszałem. Czasami myślę, że przeprowadzka tam byłaby dobrym krokiem, ale z drugiej strony bardzo cenię to wszystko, co mam w Gdańsku. Jestem tutaj częścią społeczności, mam gdzie i z kim grać – nie tylko jeśli chodzi o jazz, ale także elektronikę czy metal. Myślę też, że sam klimat Gdańska mnie urzeka. Jest tu trochę spokojniej niż w Warszawie.
W Gdańsku mieszkasz od 2019, ale w 2022 wyjechałeś na rok na Erasmusa do Rhythmic Music Conservatory w Kopenhadze. Skąd taki wybór?
Wszystkie osoby, z którymi rozmawiałem o RMC przed decyzją o wyjeździe, chwaliły tę uczelnię. Okazało się, że i w moim przypadku pod względem artystycznym był to czas super ciekawy. Na przykład dlatego, że bardzo zwracano tam uwagę na kontekst twórczości. Zachęcano nas do myślenia o tym, jak nasze działania plasują się w odniesieniu do historii muzyki i współczesności. Wcześniej nie zastanawiałem się nad tym za wiele. Gdy miałem napisać o esej o jakimś genialnym pomyśle, na który właśnie wpadłem, to pytano mnie, czy wiem, że pewien Japończyk napisał na ten temat książkę w 1960 i badał go przez całe życie. (śmiech)
Z moich rozmów z muzykami, którzy także studiowali w RMC, wynikało, że bardzo ceni się tam również indywidualizm. Ważne jest to, co ty – jako odrębna osobowość artystyczna – chcesz zaproponować światu.
Dokładnie! Najbardziej wyraźnym owocem tego, o czym mówisz, jest zespół KREM. Założyłem go z perkusistą Rémym Gouffaultem. To muzyka, którą napisałem na egzamin na koniec roku w RMC.
Słyszałem was w ubiegłym roku na Idealistic Festival. Pomysł na tę muzykę jest taki, że mocarny, efektowny, ciężki riff powtarzacie przez kilka minut, po czym pojawia się nowy i on także jest wielokrotnie powielany. Ciekawy koncept, który igra z oczekiwaniami słuchacza.
Gdy mieszkałem w Kopenhadze, z różnych powodów osobistych mój stan psychiczny był zły. Pomagało mi głośnie granie rzeczy w kółko. Zanurzałem się w takim maniakalnym, repetytywnym ćwiczeniu. Uznałem, że napiszę muzykę bazującą tylko na tym. Że to będą nieprzyjemne, metalowe riffy grane aż do momentu, gdy mnie i Rémy’ego będą boleć kończyny. RMC jest uczelnią, gdzie można taki pozornie prymitywny pomysł przekuć na działanie artystyczne, które spotyka się z zainteresowaniem. Tam panuje totalna wolność w doborze środków wyrazu. Trzeba tylko ten wybór uzasadnić i osadzić w kontekście, a nie działać na oślep.
Jeśli mowa o indywidualizmie, to porozmawiajmy przez chwilę o artyście, którego obaj mieliśmy okazję niedawno słuchać na żywo w Gdańsku. Mam na myśli Marca Ribota. To dla ciebie ważny muzyk?
Podoba mi się u niego, że łączy sznyt akademicki z punkowością. Posiada dużą wiedzę, zna konteksty kulturowe i ma technikę, ale później tę technikę wykorzystuje w sposób, który nie jest ultradokładny i wirtuozowski. Jego gra jest jednocześnie imponująca i brudna. Ribot był muzykiem, który w pewnym momencie obudził we mnie na nowo zainteresowanie gitarą elektryczną z przesterem i głośnym wzmacniaczem na scenie. Po tym, jak jako nastolatek grałem Metallikę i Rage Against The Machine, poszedłem bardziej w jazz. Przez parę lat myślałem, że będę po prostu gitarzystą jazzowym grającym w stylu Joe Passa albo Kurta Rosenwinkela – bopowo i z zamulonym brzmieniem. Ostatecznie stwierdziłem jednak, że to mnie nie interesuje. Do tej zmiany myślenia przyczyniło się słuchanie Ribota. On pokazuje, że można ciekawie improwizować na gitarze, która jest głośna i punkowa. Mam z nim też taką historię, że dostałem kiedyś od kumpli z Tomasz Chyła Quintet książkę Ribota „Unstrung”. Powiedzieli mi wtedy, że moja gra przypomina jego styl. Po koncercie w Gdańsku udało mi się z nim chwilę porozmawiać i podpisał mi tę książkę.
Zdaje się, że innym istotnym dla ciebie gitarzystą – a przy okazji także bandżystą – jest Brandon Seabrook. Kolejny oryginał i indywidualista.
Cenię go z podobnych powodów, co Ribota. Tyle że Seabrook tworzy inną muzykę: bardziej awangardową i mniej związaną z jazzowo-bluesowymi korzeniami. Przywiązuje wielką wagę do techniki gry, w kompozycjach nawiązuje nieraz do muzyki poważnej XX wieku, ale robi to w sposób frywolny i punkowy. Jego niektóre kompozycje mocno odnoszą się też do metalu, co sprawiło, że wróciłem do słuchania i grania ekstremalnych odmian tej muzyki. Podoba mi się u Seabrooka coś jeszcze. To może głupio zabrzmi, ale lubię, że gra bardzo szybko. (śmiech)
Dlaczego głupio? To przecież jedno z istotnych narzędzi do gry na instrumencie.
Na przestrzeni lat zorientowałem się, że taka typowo jazzowa narracja – że trzeba grać wolno, dawać dużo przestrzeni w solówkach i myśleć o każdym dźwięku – nie interesuje mnie. Ja tego rodzaju muzyki nie słucham po prostu. Jedna z moich większych inspiracji to też Peter Evans – człowiek, który gra milion dźwięków naraz. Jest oczywiście w stanie wykonać piękną i liryczną melodię, ale raczej kojarzy się go z byciem taką… maszyną. I to mi się bardzo podoba.
Na koniec połączmy jeszcze temat indywidualizmu z twoim funkcjonowaniem w social mediach. Często nagrywasz to, jak ćwiczysz. Dzielisz się tym, czego słuchasz. Nieraz w nieszablonowy sposób zapraszasz na swoje koncerty – autoironicznie, krzykliwie albo żartobliwie. Takie komunikaty są spontaniczne czy wykoncypowane?
To powstaje naturalnie. Urodziłem się w 2000 roku, dostałem pierwszy smartfon, gdy miałem trzynaście lat. Tkwię w internetowym bagnie od dawna, więc to dla mnie normalne, że coś lekko ironicznego wrzuci się do sieci. Moje myślenie w tym temacie jest podobne do podejścia Maćka Świniarskiego, który wstawia różne dziwne klipy na swój YouTube. Czasami robimy jakąś punkowo-anarchistyczną autopromocję duetu Świdrych. Na naszym kanale na Instagramie jest na przykład filmik, do którego scenariusz napisała sztuczna inteligencja. To był początek naszej zajawki na AI, ale ona już trochę minęła, bo AI poszła w niezbyt ciekawe strony. W każdym razie na tym filmiku idziemy do Biedronki, a potem wracamy do domu i robimy obiad. Towarzyszą nam głosy z AI i jest tam taka bardzo długa scena, jak my jemy, słychać każde mlaśnięcie, a AI mówi jakieś rzeczy. To strasznie głupie.
I jednocześnie potwornie zabawne.
Podoba mi się, że mam osobę, z którą mogę takie absurdalne rzeczy robić. Internet stał się do tego stopnia zaśmieconym miejscem, że chcemy go zaśmiecić jeszcze bardziej. Jest to też nasz wyraz sprzeciwu wobec faktu, że dziś wiele osób w internecie stara się produkować nadmiernie ułożony i spłaszczony content na swój temat. Wszystko ma być ładne, a staje się sztuczne. Wiadomo, że zależy mi, żeby jak najwięcej osób dowiedziało się o tym, co robię. Wolę jednak realizować to po swojemu, a czasami totalnie pojechać po bandzie, nie przejmując się odzewem.
Zobacz też
Uwaga! Festiwal w przebudowie!
Newsletter: czas start!
Komentarze