Zmiana nazwy znanej nagrody. Fryderyk to teraz Fryty Ryk
Słyszeliście o efekcie motyla? To lepiej o nim zapomnijcie. Już niebawem zjawisko polegające na tym, że drobne zdarzenie powoduje nadspodziewanie znaczące konsekwencje, ma nazywać się inaczej: będzie to efekt orła. Takie wieści napływają z Pałacu Prezydenckiego, gdzie – według doniesień PAP-u – od paru miesięcy trwają prace nad zmianami w polskiej frazeologii. Lada dzień do laski marszałkowskiej ma trafić prezydencki projekt ustawy w tej sprawie. Ofiarą tych zmian ma stać się między innymi rzeczony motyl. Trzepot jego skrzydeł został uznany za zbyt delikatny, ba, za mało męski, by móc w znaczący sposób wpływać na koleje losu. Orzeł zaś brzmi dumnie. Majestatycznie.
Nie trzeba było długo czekać na to, by przekonać się, jak wielka może być siła efektu orła. Łopot skrzydeł tegoż rozbrzmiał tuż po briefingu polskiego prezydenta podczas oficjalnej wizyty w Budapeszcie. Gdy prezydent opuszczał spotkanie z mediami, wysłannik jednej z telewizji rzucił pytanie: „Panie Prezydencie, czy nie przeszkadza Panu, jak bardzo oderwana od rzeczywistości jest większość nominacji do jazzowych Fryderyków”? Prezydent przez chwilę się wahał, czy odpowiadać. Po krótkiej konsultacji z rzecznikiem prasowym podszedł do dziennikarza, który zadał pytanie. Zwierzchnik sił zbrojnych zmrużył oczy, groźnie wystawił palec i zakomunikował: „Panie Redaktorze, niech Akademia Fonograficzna się ogarnie i zainteresuje wreszcie jazzową sceną eksperymentalną i twórczością improwizowaną”. Prezydent podszedł do dziennikarza na tyle blisko, że ten dostrzegł nieoczekiwany element ubioru głowy państwa. Pod białą jak klawisze fortepianu koszulą dostrzegł czarny t-shirt, na którym niewyraźnie rysował się napis. Dziennikarz wytężył wzrok i… udało się go odczytać! Brzmiał on tak: NOWIMPROCKY.
Słowa prezydenckiej instrukcji zatrzepotały nie tylko nad Dunajem, ale poszybowały w mgnieniu oka nad Wisłę. W najważniejszych krajowych redakcjach rozległy się dźwięki nominowanych albumów. Zaczęto analizować partytury, składy zespołów i recenzje. Na pierwszych stronach ogólnopolskich gazet i portali zaroiło się od nagłówków w rodzaju: „Co z tą improwizacją?”, „Prezydent w obronie eksperymentalnego jazzu”, „Polska fryta lepsza od belgijskiej”.
Na ulice miast wyszli zaś ci, którzy dotychczas tylko pomrukiwali tu i tam, że większość nominacji po raz kolejny jest zachowawcza i nietrafiona. Pierwszy krzyk sprzeciwu rozległ się w Sopocie, czyli kolebce polskiego jazzu. Tak jak młodzież w latach 50. ubiegłego wieku, tak i teraz hałaśliwe tłumy wyległy na ulice kurortu, niosąc transparenty z tytułami pominiętych przez akademię płyt. Do emancypacyjnego zrywu muzyki improwizowanej wkrótce dołączyła Gdynia i Gdańsk, następnie Olsztyn, Szczecin i Bydgoszcz, a potem już cały kraj. Lawina, którą wywołał prezydent, okazała się nie do zatrzymania. Trójkowa audycja „Młody Polski Jazz” zmieniła nazwę na „Młode Polskie Free”. Szwalnie w każdym zakątku kraju zaczęły produkować t-shirty z napisem NOWIMPROCKY. Prezydent przebudził freejazzowego olbrzyma.
Po okrzykach nadszedł czas na coraz głośniej zadawane pytania. Dlaczego do zbioru płyt eksperymentalnych trafił – skądinąd interesujący – album Nikoli Kołodziejczyka, gdzie słyszymy kunsztownie zaaranżowane kompozycje na duży jazzowy skład do tekstów Jacka „Budynia” Szymkiewicza? Z jakiego powodu nominację w tej kategorii otrzymała przebojowa płyta postrockowo-jazzującej grupy Nene Heroine, a nie albumy składów, które odważniej podchodzą do muzycznych form? Czy nikt nie zadał sobie pytania, czy udana płyta „neurodivergent” Agi Derlak jest faktycznie eksperymentalna do tego stopnia, jak opowiada o niej sama artystka? Takie pytania wydają się na miejscu tym bardziej wtedy, gdy wymienione albumy zestawi się z innymi tytułami zgłoszonymi w tej kategorii.
Swe kontakty uruchomiły medialne działy śledcze. Dziennikarze zaczęli wnikać w meandry procesu nominacji. Szybko okazało się, że w gronie akademików ukonstytuowały się grupy, które popierały konkretne albumy. Jedną z nich nazwano nieoficjalnie „kucharzami”. To za ich sprawą nominację w kategorii jazzu eksperymentalnego otrzymał Kołodziejczyk i jego płyta „Budyń o smaku Mickiewicza”. Niechętni „kucharzom” członkowie akademii zaczęli wysyłać do zaprzyjaźnionych dziennikarzy screeny z grupowych konwersacji na WhatsAppie. RODO nie pozwala zacytować tych wiadomości, ale ogólna emocja była następująca: myśl o eksperymentalnym deserze z tytułu tego albumu tak rozpaliła wyobraźnię „kucharzy”, że wszystko inne zeszło na dalszy plan. „Kucharze” mocno lobbowali ponoć także za nominacją dla zespołu Omasta, dopytywali się też o nową płytę tria Immortal Onion. Sprawdzali parokrotnie, czy wśród zgłoszonych tytułów jest krążek „Pory” duetu Komosiński / Mazzoll. Nic więcej nie udało im się jednak uzyskać, ale ich samopoczucie poprawiła wiadomość, że w kategorii „Album Roku Muzyka Alternatywna” nominację zgarnęły „Grzyby” kwartetu Błoto.
Zespół Nene Heroine swoją nominację w kategorii jazzu eksperymentalnego zawdzięcza zręcznemu fortelowi, który obmyśliła grupa tzw. „fizyków”. To entuzjaści fizycznych nośników i pięknych wydań winyli. Gdy trwało głosowanie, rozpuszczali oni plotki wśród mniej zorientowanych nominujących, że nazwa kategorii brzmi „Eksperymentalna Okładka Roku”. W ten sposób zjawiskowo wydany album „4”, który zaprojektował grafik Patryk Hardziej, zawędrował do finałowej piątki. Artyści takiego wyróżnienia się nie spodziewali, ale postanowili zakamuflować swoje zdziwienie. W efekcie, od dnia ogłoszenia nominacji nikt nie może ich spotkać. Chodzą słuchy, że muzycy błąkają się zamaskowani po ulicach Trójmiasta i Warszawy.
Trzecia szczególnie aktywna grupa, która wykazała się skutecznym działaniem, to „neuroni”. Oni na sztandarze mieli płytę „neurodivergent” Agi Derlak, a ich sposób działania był następujący. Rozsyłali do nominujących SMS-y, gdzie cytowali wypowiedzi artystki o jej wydawnictwie. „Eksperymentalne trio”, „dziwny album”, „poszerzanie granic” – w ten sposób słowa samej Derlak przekonały wielu głosujących, że miejsce jej płyty jest właśnie w tej kategorii. Przekonanie o słuszności swej decyzji pogłębiało się, gdy nominujący sięgali po fizyczne wydanie „neurodivergent”. Nie wiedząc, gdzie jest przód albumu, a gdzie tył, ostatecznie wybierali płytę pianistki.
Gdyby jednak „kucharze”, „fizycy” i „neuroni” zawczasu wiedzieli, jaką instrukcję ma dla nich sam prezydent Polski, i posłuchali z uwagą pozostałych zgłoszonych albumów, wybór pewnie byłby inny. Tajemnicą poliszynela jest bowiem, że w gronie tym znalazło się co najmniej około dziesięciu tytułów, które zdecydowanie w większym stopniu odpowiadały kryteriom owej kategorii.
Wróćmy do Pałacu Prezydenckiego. Tamtejsi urzędnicy mieli świadomość, że z ogłoszonymi nominacjami nie da się już nic zrobić. Pomysły w tej sprawie miał wprawdzie zarówno były minister aktywów państwowych Jacek Kopertowicz, jak i była marszałkini Sejmu Elżbieta Reasumpcja. W pałacu uznano jednak, że mądrość etapu wymaga innych działań. Postanowiono wsłuchać się w głos społeczeństwa.
W głos? Nie. W ryk! Ryk Fryty! W tej sprawie do porozumienia ponad podziałami doszli prezydent i premier. W wyniku specjalnej uchwały – i ku uciesze manifestantów w całym kraju – zmieniono nazwę nagrody Fryderyk w kategorii jazzu eksperymentalnego i muzyki improwizowanej. Teraz brzmi ona tak: Fryty Ryk.
Może ta zmiana spowoduje, że większa liczba nominujących zastanowi się nad tym, w jakiej sprawie odbywa się głosowanie? A także zada sobie pytanie, po co powstała rok temu kategoria „Album Roku Jazz Eksperymentalny / Współczesna Muzyka Improwizowana”?
Zobacz też
Tęcze i akordy
Jedyny słuszny głos
Komentarze